TENTEGO
niedziela, 16 września 2012
wtorek, 21 sierpnia 2012
Nawiedzony pub ( odc.2)
Powiedziano mi, ze
drzwi są zamknięte do rana, a do tego czasu mam zamknąć ryja, nie
smucić, dobrze się bawić, bo jest zajebista muzyka i nie ma
gadania, i że mam sobie kupić drinka.
Fakt, muzyka była
zajebista – punk rock,. którego osobiście nie znoszę, bo za
bardzo drą ryja.
Co miałem robić.
Poszedłem do baru. Sushina zasugerowała mi wcześniej, żeby już
więcej nie pić, więc wziąłem się na sposób. Zamówiłem kakao;
duże, z pianką. Takie jakie robiła mi babcia.
Kogut wpierw
spojrzała na mnie jak na wariata, potem pokręciła głową, po czym
przyniosła zamówienie i już szykowała się, żeby dolać tam
wódki, ale zasłoniłem kufel ręką. Pierwsza zasada; zawsze pilnuj
swojego kieliszka, nigdy nie wiadomo co mogą ci tam dosypać. Swoją
drogą to było orginalne, żeby podawać kakao w kuflu, dziwna
sprawa, ze w ogóle to mieli. Kogut powiedziała, że to chwyt
marketingowy, żeby zachęcać klientów do kupowania alkoholu.
Ciekawe, ze nie wpadli na pomysł, że można sprzedawać tylko
alkohol.
Minąłem grupkę
przy barze, gdzie jeden facet zwrócił moją uwagę. Stał
nieruchomo jak manekin, trzymając kufel na wysokości piersi, z jego
ust wystawała słomka, która stanowiła łącznik pomiędzy nim, a
piwem. Kiedy inni żywo gestykulowali on pozostawał w bezruchu.
Było już dobrze po
22 więc postanowiłem się udać na striptiz. Nie miałem ochoty się
już stykać z Krzysiem, który uważał się za wampira, był dość
niesympatyczny, a poza tym rozmowa z nim zajmowała stanowczo za dużo
czasu.
Ciekawiło mnie co
on takiego zrobił, że ten ksiądz mu uwierzył. To pewnie dla
świętego spokoju tylko udawał, że wierzy. W chrześcijaństwie
wiara w takie rzeczy jest przecież zabroniona, a już na pewno nie
wolno jej praktykować. Z drugiej jednak strony w tym klubie barmanka
kazała do siebie mówić Kogut. jakiś żul Wielbłąd jarał się
innymi pijaczkami o kretyńskich ksywach, faceci wrzucali 200 złotych
do klozetu, dwa trupy nie przeżyły, będąca w świetniej formie
Sushina była martwa od piątku, a o 12 w nocy duchy śpiewały o
Legii. Co w tym dziwnego, że szef, który nie lubi trzeźwych i gada
o smaku Ketaminy uważa się za wampira, a właściwie Wawampira?
W trzeciej sali
striptizerki w najlepsze rozgrzały już publiczność do
czerwoności, za wyjątkiem pewnego młodzieńca. który siedział
samotnie przy stoliku nie zwracając uwagi na to się dzieje naokoło.
Młodzian miał na
sobie różowy t-shirt z niebieskim słoniem, różowe spodenki i
buty pomalowane w fantazyjne wzory, a na głowie wysokiego na około
pól metra, postawionego żelem irokeza. Prawdopodobnie musiał się
schylać gdy przekraczał próg.
Jego uwaga skupiona
była na stole, po którym coś bazgrał markerem, na stole leżał
blok rysunkowy wypełniony już w całości jakimiś dziwadłami z
wielkimi oczami. Spytałem czy mogę się dosiąść.
- Noo –
odpowiedział nie przerywając swojego zajęcia.
Dosiadłem się i
spytałem co robi. Dopiero teraz młodzian przerwał na moment i
spojrzał na mnie.
- Sowę? - W tym
jednym wyrazie, jak się potem okazało, zawierała się zarówno
odpowiedź na moje pytanie, jak i jego zapytanie czy sobie takową
życzę.
- Słucham?
Młodzian bez słowa
podał mi kartkę papieru, na której było niedbale napisane kredkami.
RóżowyRobiSowy
Sowę
zrobię:
-
na zamówienie, zlecenie, a nawet dekoracje
- na każdym rodzaju
nawierzchni
-
w
każdym kolorze, pod
warunkiem, że jest różowy!!! ale mogą być też inne
warunkiem, że jest różowy!!! ale mogą być też inne
Sowę
sprzedam
-
namalowaną
przeze
mnie!!!
PROMOCJA!
-
dwie sowy i trzecia w cenie trzech
Super
promocja!!
-
do każdej sowy daje autograf
(
mój własny)
Różowy zaprasza
na SOWY
Rozstawienie na kartce było koszmarne i raczej odrzucało, niz zachecało, ale za to miało fajne kolorki.
A
więc to był ten słynny Różowy, co robi sowy. Widziałem jego
wrzuty na szyldach sklepów, na. murach czy też na ścianach
przeznaczpnych na grafiti. Była to zazwyczaj sowa, albo ,,
RóżowyRobiSowy", ,,RRS ", lub też napis na pustej
przetrzeni: TU BĘDZIE SOWA RÓŻOWEGO. NIE RUSZAĆ!!. Facet
zaklepywał sobie teren, wygryzając konkurencje, której właściwie
nie miał. Nikt inny nie malował sów na taka skale.. To znaczy to,
co on malował, to podobno były te ptaki, ale tylko on był o tym
przekonany. Z reguły inni widzieli w tym zupełnie coś innego, co
bardzo denerwowało artystę. Do klasyku należała już opowieść,
jak to Różówy zagrał na jednym kocercie z Hujas w Cipas. Zespól
generalnie śpiewał piosenki o miłośći, a idea polagała na tym,
że Pan koloru świni( tak nazywal sie profil Różowego na
facebooku) malowal w tym czasie na ścianie to, co zespól śpiewał.
Przy czym on uważał, że zespół śpiewa o sowach. Nie było to
pozbawione sensu gdyż muzycy nagrali utwór specjalnie na to okazje
– Sowy się kochają. Nie wyszło to jednak tak jak powinno,
ponieważ malarz tak sie schlał z zepołem przed koncertem, że nie
był wstanie utrzymac pędzla, a zespól zapomniał słów piosenek,
wiec wyszła jedna wielka improwizacja. Publicznośc jednak i tak
była zadowolona. Lider zespołu – Doktor Giry słynał z tego, że
w każdym zespole, z którym występował, picie przed koncertem i
rausz na scenie było na porządku dziennym. Występował łącznie w
podajże w 99 zespołach, więc właściwie cały rok był w trasie
w którymś z nich. Między koncertami dorabiał jako barman, więc
alkoholu nigdy nie brakło. Z reguły brali w trase 3 cięzarówki;
jedna ze sprzetem muzycznym i dwie ze skrzynkami browarów.
Po
tamtym koncercie Rózowy dostał propozycje zrobienia okładki dla
zespołu ,, Parówa", ale uznał, ze to przerasta jego
kompetncje, Według niego narysowanie parówki było zbyt trudne.
Dowiedziałem
sie o Panu koloru świni kiedy sciagałem film z neta pt: ,,Planeta
Cipuszka", okazało sie, ze to był filmik pokazujacy jak Różowy
maluje Sowe w nocy przed posterunkiem policji. Po filmie był link do
jego facebooka, gdzie pieczołowicie opisywał co u niego się
dzieje.
Mówiąc
krótko – to był pojeb. Jak większość w tym pubie.
Nagle zauważyłem,
że do kakao wpadają mi jakieś krople z sufitu. Nadstawiłem palec,
po czym posmakowałem tego co spadło. Spirytus. Spojrzałem w górę
i zobaczyłem Koguta, która siedziała na jakiejś grzędzie 3 metry
nade mną. W ręku miała strzykawkę ze spirytusem, z której
spuszczała krople do mojego kufla. Zerwałem się na równe nogi
-Co robisz?! Jak tam
wlazłaś?! - Krzyknąłem.
- Nie zamówiłeś
alkoholu. Jako barmani mamy obowiązek dolewać go klientom, którzy
go nie piją. Nad całym pubem pod sufitem są porozmieszczane te
bale. Przesuwamy się an nich nad klienta i stąd mu dolewamy. To
jest nasz system na abstynentów.
- A jak stąd
zejdziesz? - Bądź co bądź była dość wysoko.
- Chwileczkę –
wyjęła krótkofalówkę. - Kogut do Dużej, Kogut do Dużej. Jestem
na C4. Zdejmij mnie.
Po chwili ze
powierzchnia mojego kakaa zaczyna drzeć jak woda w filmie Jurassic
Park, kiedy zjawiał się Tyranozaur. Z piwem Różowego działo się
to samo. Po chwili poczuliśmy rytmiczne wstrząsy ziemi, z każdą
chwilą coraz wyraźniejsze. Coś się zbliżało, i to coś dużego.
To coś to była Buka z Muminków.
Tak przynajmniej
pomyślałem na pierwszy rzut oka, bo to była kobieta, to chyba była
kobieta, ale bardziej przypominała mi Bukę. Miała na sobie
fioletowa koszulkę z jej twarzą, a ponieważ była ona jakieś dwa
metry nad ziemia, myślałem,że to prawdziwa głowa. Twarz jej był
jednak dalsze pół metra wyżej. Ta kobieta była ogromna i tłusta.
Wyglądała jak trzymetrowy worek na kartofle w stroju buki.
Ten widok
zainspirował mnie do prawdziwej twórczości.
Podeszła do nas
lokomotywa.
Ciężka ogromna i
pot z niej spływa-
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie i dyszy
i dmucha
A fetor z
rozpasionego jej pyska mi chucha
gdzie tylko spojrzę,
to tłuszcz się wylewa,
a jeśli kichnie to
będzie ulewa,
Jest tak wielka, ze
ledwo mieści się w drzwi
nikt z obecnych
jdnak jej nie drwi,
Lecz choćby
przyszło tysiąc atletów,
i każdy zjadłby
tysiąc kotletów,
i każdy nie wiem
jak się natężał
to by jej nie ruszył
- taki to ciężar
Wichura z jej płuc
te stoły rozniesie,
nic tu nie pomogą
żadni kolesie.
I stoi już obok,
pozdrawia mnie gestem
Wyciąga rękę,
mówi – Duża jestem
Żarła dużo bo tak
się roztyła,
muszę to przyznać
– mała nie była
i patrzy tak na
mnie, a w gardle ja ssie
i mówi basowo –
napiłabym się
I drepce nerwowo,
obcasami stuka,
nastawwia karku i
bierze Koguta
A ta lekko, zwinie
niczym linoskoczek
Siada jej na barana,
wpierw robiąc kroczek
Najpierw powoli jak
żółw ociężale,
Ruszyła z kogutem
na karku ospale
Szarpnęła swe nogi
i dźwiga z mozołem
koguta - kobietę,
co mle jej jęzorem
do biegu pośpiesza
ją, by gnąc coraz prędzej
prędkości,
prędkości, prędkości chce więcej
A dokąd, a dokąd,
a dokąd tak gna
Do baru. do baru, co
sił ile się da
A na co, a na co, a
na co ten ruch?
Bo suszy, bo suszy
bo suszy za dwóch,
To Duża, to ona, to
jej pic się chce
do piwopoju, jak
dotrzeć tam wie
By wziąć sobie
kufel i wlać tam browara,
tak bardzo, tak
bardzo, tak bardzo się stara
I biegną przez sale
tratując tam ludzi
Do baru, bo piwo,
pragnienie ostudzi,
i bierze i wlewa i
chla to jak smok,
a w okól nich już
zbiera się tłok,
a patrzą, a mówię
i tak komentują,
że barmani pracują,
a jednak się trują
i pije, i chlepce i
rośnie jej brzuch
To pragnienie
alkoholowe wprawiło to w ruch
to całą machinę
co browar sprzedaje,
pracownicy pija to
co zostaje,
zauważyłem to,a
trochę już żyje
że od piwa nie
zawsze, lecz często się tyje
No dobra nie było
to może najwyższych lotów, ale skojarzyło mi się z lokomotywą
Brzechwy. Ta Buko podobna Duża to była prawdziwa lokomotywa.
Pytającym wzrokiem
spojrzałem na Różowego.
- Duża, ochroniarz
– odpowiadał monosylabicznie.
- Słyszałem, że
wypuszcza nas dopiero rano – zagaiłem.
- Taaa, wypuszczą
nas jak Kogut zapieje.
Więc takie były tu
zwyczaje. Pub otwierali nad ranem w momencie gdy barmanka zapieje.
Może dlatego nazywała się Kogut. Swoją drogą, chciałem to
zobaczyć.
Do naszego stolika
przysiadł się wytatuowany facet w puchatej czapce z ochraniaczami
na policzki.
- Ogólne cześć.
Fajne dziewczynki, co? Różowy, wydziargaj mi na pośladzie sowę
jak siedzi w betoniarce. Hej, dziś będzie odczynianie uroków.
Kibice Legii się zmartwią, a Bóg nie lubi murzynów. I słuchaj,
chce żeby ta sowa miała ząbki. A potem zrobimy mi sesje zdjęciową.
Będę w kiblu, gdzie …
Ten typ mówił
bardzo szybko i chaotycznie. Przeskakiwał z tematu na temat. A to
opowiedział jakiś dowcip, a chwile potem jak był marynarzem i
prawie utopił się misce na kapustę. Potem z tego przeskoczył na
tematy artystyczne, a potem znowu opowiedział dowcip, by zaraz potem
nawiązać do sów Różowego, z czego przeskoczył do opowieści jak
lewitował w beczce nad wodospadem Niagara z czego płynnie nawiązał
do tematu swojej czapki, którą dostał od słynnego greckiego
filozofa w podzięce za uratowanie życia kiedy ten rozbił się
samolotem o autobus pijanych zakonnic jadących na Woodstock.
Innymi słowy od
jego paplaniny dość szybko rozbolała mnie głowa.
- Poczekaj, czym ty
się właściwe zajmujesz? - Spytałem.
Gość poczerwieniał
na twarzy, na oczach wyszły mu naczynka krwionośne i szał.
- Jak to czym! Ty
uważaj sobie! Czy ty wiesz kto ja jestem?
- No właśnie nie
wiem i dlatego pytam.
- Jakbyś wiedział,
to inaczej byś śpiewał Ja jestem Ryś, jeszcze mnie popamiętasz.
- Acha – wziąłem
komórkę, wszedłem do internetu i wpisałem w wyszukiwarce Ryś.
Pomyślałem,że jak to ktoś znany to powinno wyskoczyć jakieś
linki. To co znalazłem zacząłem czytać na głos:
,,Ryś, -gatunek
lądowego ssaka
drapieżnego z rodziny kotowatych, największy z rysi (Lynx).
Występuje w Europie i Azji. Poza kotem domowym, ryś i żbik są
jedynymi występującymi w Polsce przedstawicielami kotowatych. W
Polsce jest gatunkiem rzadkim i chronionym. ( teraz już wiem czemu
był taki ważny)
- co ty Pieprzysz –
zdenerwował się Ryś.
- Robię teraz
wystawę – przerwał nam Różowy – nie wiem jeszcze czemu będzie
poświęcona, ale to będą sowy na wrestlingu. Jaram się, jaram się
bardzo. Wczoraj Small Show bił się DC Pijakiem i DC Pijak zrobił
mu saplexa, ale przedtem zaczął napiepszać go kuflem. O tak.
Różowy wziął
swój kufel i zaczął naparzać Rysia po głowie. Ten zasłonił
się rękami i odskoczył nie pozostał mu dłużny, bo wziął
krzesło i zaczął robić to samo, Różowy odrzucił kufel zbijając
go i rzucił się na swojego przeciwnika. Zaczęli się kotłować na
podłodze. Ani Duża, ani nikt inny z ochrony, czy w ogóle
ktokolwiek nie zareagował. Wyglądało to tak jakby to na było na
porządku dziennym, właściwie nocnym.
Różowy wygiął mu
rękę pod dziwnym kątem i założył dźwignie. Ryś bezskutecznie
próbował się wyrwać, ale w końcu dał za wygraną i wolną ręką
pokazał, że się poddaje. Zwycięzca zdarł z niego koszule,
wyciągnął markera z kieszeni i zaczął mu rysować na plecach
sowę.
Zdążyłem już
zauważyć, że on rysuje te swoje sowy wszędzie gdzie się da,
czemu więc nie na plecach pokonanych rywali. Może dlatego wszczął
to bójkę, chciał sobie porysować, a przy okazji zrobić reklamę.
Ale to jeszcze nie był koniec. Pan koloru świni podniósł się i
zaczął wykonywać dziwaczny taniec w okół leżącego Rysia.
Przypominał trochę indyka podczas godów.
Zrozumiałem,że
nici z pogawędki, więc wróciłem do baru. Był przy nim ten sam
facet co wcześniej stał jak manekin. Przez ten czas ani nie ruszył
się z miejsca, ani nie zmienił pozy. Różnica była tylko taka, ze
teraz był sam i spokojnie sączył piwo przez rurkę. Był z ty
trunkiem jakby zespolony.
Kogut powiedziała,
że to Bronisław Spokojny. Stały klient, który właściwie robi tu
za dekoracje. Przychodził do knajpy noc w noc. Zawsze zamawiał piwo
i stawał w tym samym miejscu i w tej samej pozycji. Sączył je
przez słomkę, a kiedy mus ie kończyło, któryś z barmanów mu
dolewał i cały proces zaczynał się od początku. Stał tak przez
jakieś 4, 5 godzin, niekiedy do samego rana, po czym nagle ożywał,
podchodził do baru, uiszczał rachunek i wychodził. Właściwie z
nikim nie rozmawiał, przychodził, stał jak slup i chlał a potem
nawalony wracał do domu. Nie mi było o tym dyskutować, każdy ma
swój sposób na życie.
- Napijesz się z
papugą? - Usłyszałem obok siebie czyjś głos.
No tak, powinienem
już się chyba przyzwyczaić do głupich pytań.
Dla odmiany tym
razem zaczepił mnie dobrze ubrany facet przed czterdziestką, pod
krawatem i ze złotym Rolexem na ręku i złotymi sygnetami na
palcach.
- Dlaczego nie –
odpowiedziałem.
- O, dziękuje.
Wreszcie ktoś, kto nie ma klapek na oczach. Ludzie jak słyszą czym
się zajmuje, to wolą się trzymać z daleka. Jestem adwokatem,
wiesz mówią na nas papugi.
- No wiem. Myślałem,
że wręcz odwrotnie. Zawsze się przyda jakiś prawnik w rodzinnie.
A poza tym to chyba zawód, który cieszy się powszechnym
szacunkiem.
- Gdzie tam. Ludzie
nas nie lubią, bo żerujemy na ludzkim nieszczęściu. Klienci się
do nas zgłaszają w sytuacjach trudnych i często wstydliwych. Weźmy
sobie sprawę rozwodową. Klienci przelewają swoje prywatne brudy an
prawnika. A jeśli, żona mówi o sprawach intymnych przed sądem, to
my wtedy jesteśmy za to obwiniani. Jeśli bronisz mordercy i wygrasz
sprawę, to oczywiście masz szacunek w branży, ale cierpi potem
twoje sumienie. Wiesz, ze ten człowiek to potwór i nieraz sam masz
ochotę go zastrzelić, a to by było nieprofesjonalne. W sądzie
musisz go przedstawić w jak najlepszym świetle. Jaki to biedny i
pokrzywdzony przez los człowiek, który po prostu się bronił, albo
w najgorszym razie niepoczytalny. Wykorzystujesz każdą lukę prawną
jako tylko znasz, psychologie czy wręcz manipulacje. Ludzie mają
nas potem za zawodowych kłamców.
A kobiety umawiają
się ze mną i tak tylko dla pieniędzy.
- Czemu sądzisz, ze
tylko dla pieniędzy? - Ciekawa zmiana tematu swoją drogą.
- Bo gdy im mówię,
czym się zajmuje, to tylko udają, ze je to interesuje, za to bardzo
chętnie, biorą ode mnie drinki, gdy im postawie.
- Skoro sam im
proponujesz.
- Kiedy ja chce,
żeby ktoś się ze mną napił! Napijesz się z papugą? Ja
stawiam.
- No jasne.
- A kiedy już mnie
oblukają, jakie mam drogie ubranie, zegarek, wypasioną komórkę i
kart kredytowe w portfelu, to z reguły subtelnie pytają gdzie jest
moja dziewczyna.
- No i co z tego?
- Nie widzisz tego?
Ewidetnie chodzi im tylko o moją kasę.
- To dlaczego im
mówisz, ze jesteś adwokatem i ubierasz się tak, że widać, że
jesteś dziany?
- No żeby imponować
innym, i żeby laski na mnie leciały.
- A o czym z nimi
rozmawiasz?
- O samych ciekawych
rzeczach. Mojej pracy, moich samochodach, moich jachtach, moich
zarobkach i o tym co mogę jej kupić.
- Innymi słowy o
pieniądzach. I potem się dziwisz, ze lecą na twoją kasę?
- No bo lecą.
- a jak mają lecieć
na coś innego, jak im tego nie pokazujesz. Gdybyś przemilczał kim
jesteś, ile zarabiasz i ubrał się jak normalni ludzie, to może by
poleciały na coś innego.
- Gdybym się tak
ubierał to ludzie by mnie nie szanowali, a laski by na mnie leciały.
Może i mnie nie lubią, ale za to jestem ważny. A ty napijesz się
z papugą?
Nagle zamarł,
zesztywniał, bezskutecznie próbował złapać powietrze, ale
zamiast tego zaczął pluć krwią. Coś zaczęło wychodzić z jego
klatki piersiowej napierając na jego koszule. Nagle materiał pękł
i wyłoniło się z niego 5 małych zakrwawionych robaczków, które
jednak schowały się równie szybko jak się pojawiły.
Prawnik osunął się
na ziemie ukazując Wampira Krzysia, który stał za jego plecami. W
brudnym od krwi ręku trzymał serce ociekające serce. Dosłownie
wydarł mu je z piersi. Krople krwi kapały z niego na podłogę.
- Nie lu lu lubię
pa pa pa pa pa pa papapug Nie będziesz z nim pipi... pipi...
pipipiił. - Powiedział prawie beznamiętnie. Jedyne jego emocje to
wkurwienie, ze nie mógł zdania powiedzieć.
- Zbliża się 12.
Eeegzorcyzmy czas zacząć. Chce żeżebys to zozzobaczył. Chodź
do kibla, chłoptasiu.
niedziela, 22 lipca 2012
Nawiedzony pub ( odcinek 1)
-->
Nowe miejsce
zamieszkania zawsze oznacza zmiany. Oznacza to, że trzeba dostosować
się do nowych warunków. Zainteresować się, jakie w nowym miejscu
panują zwyczaje i dopasować się do nich. A to często oznacza
budowanie wszystkiego od początku.
Właśnie się
wprowadziłem do nowego mieszkania w nieznanej mi okolicy. Mieszkanie
było niewielkie, raptem dwa pokoje, ale za to własne. Przeprowadzka
odbyła się bez fajerwerków, nie wydarzyło się nic godnego
odnotowania. Częściowo się już rozpakowałem. Zadowolony z
siebie, rozsiadłem się na balkonie. Zasłużyłem przecież na
odpoczynek.
Dziewiąte piętro,
bardzo ładny widok na osiedle. Z pomiędzy zieleni drzew wyłaniały
się różnej wielkości kamienice na parterze, których często
mieściły się restauracje, sklepy, kawiarnie. Nagle do moich uszu
doszła muzyka - ,,Thriller” Michael'a Jackson'a. Zacząłem
nasłuchiwać, skąd ona dobiega. Wypatrzyłem grupkę młodych
ludzi, kręcących się przed jakimś pubem po prawej stronie mojego
balkonu. Nad wejściem były głośniki, z których leciał Jackson,
a na zewnątrz kilka stolików, przy których goście popijali piwo.
Nie namyślając się długo, stwierdziłem, że idę tam. Jestem
przecież tu nowy, nikogo nie znam. A jakie miejsce jest lepsze na
zawieranie nowych znajomości niż takie osiedlowe puby?
Włożyłem dźinsy,
T-shirt z podobizną Micheal'a, to przecież mój idol, a na to
marynarę oraz ciemne okulary, żeby wyglądać cool. Stroju
dopełniały, wypastowane na połysk, czarne buty i jakieś wisiorki.
Przydałby się jeszcze złoty Rolex, ale nie można mieć
wszystkiego Tak ,,uzbrojony” poszedłem na podbój klubu. Nad
wejściem był czerwony napis ,,Speluna”, bardzo chwytliwa nazwa.
Pomyślałem, że właściciel musi mieć duże poczucie humory i
dystans, żeby tak nazwać lokal.
Wbrew pozorom tego,
co działo się na zewnątrz, w środku wcale nie było dużego
tłoku. Pod pubem stało dużo osób i prawie wszystkie stoliki były
zajęte. W środku kręciło się zaledwie kilka osób, może
kilkanaście. Tym lepiej dla mnie, mogłem się swobodnie rozejrzeć.
Wnętrze składało
się z trzech sal. Pierwszą, do której się wchodziło z dworu,
zajmował długi na cała ścianę bar, a za nim kręciły się dwie
barmanki i dwóch barmanów. Przed barem znajdowały się duże
drewniane stoły, a przy nich długie ławy, oraz kilka mniejszych,
bardziej kameralnych stolików. Dodatkowo, w każdym kącie sali
mieściła się kanapa. Obok baru znajdowały się toalety, a obok
nich przejście do następnej sali, w której mieścił się parkiet
do tańczenia. Natomiast po drugiej stronie parkietu kolejne
przejście, przez które można było przejść do sali
przystosowanej do striptizu; stoliki, cztery rury do tańca oraz
wybieg.
Tak więc klub miał
trzy sale. Pierwszą do wypicia i do pogadania, drugą do potańczenia
i trzecia do pogapienia się na roznegliżowane panieńki. Zauważyłem
tez, że głośność muzyki w każdej z sal była inna.
Ponieważ występy
dziewczyn zaczynały się o dwudziestej drugiej, było jeszcze trochę
czasu, a ja nie miałem ochoty na tańczenie, więc usadowiłem się
w pierwszej sali przy barze i zamówiłem piwo u barmanki blondyny. Z
niewiadomych mi przyczyn, kazała mówić do siebie Kogut. To właśnie
od niej dowiedziałem się o specyfice trzeciej sali.
Usiadłem przy
stoliku i zacząłem obserwować pub. Schodziło się coraz więcej
klientów, w większości ludzie między dwudziestym a czterdziestym
rokiem życia, było też gości po czterdziestce.
- Znasz Walenia? –
usłyszałem czyiś głos.
Odwróciłem się.
Za mną stał brodaty facet w wieku około pięćdziesięciu pięciu
lat. Miał na sobie starą i znoszoną marynarkę w kolorze zdechłej
myszy i takie same spodnie. Ogólnie sprawiał wrażenie, jakby od
miesiąca nie widział mydła. Przyglądał mi się bardzo uważnie.
- Słucham?
- Głuchy jesteś?!
Spytałem, czy znasz Walenia.
- Nie znam żadnego
Walenia – powiedziałem.
- A powinieneś, bo
ja znam – odpowiedział facet z wyrzutem. - A mnie znasz?
- Nie.
- I słusznie, bo ja
ciebie też nie.
Nie żebym nie lubił
oryginałów, ale to już zaczynało być absurdalne, a co gorsze –
meczące. Facet rzucał mi nazwiskiem czy ksywą, a potem miał
pretensje, że go nie znam, Czy ja naprawdę muszę znać wszystkich
na świecie, którzy przeżyli więcej niż jednego kaca? Jestem tu
nowy.
- Waleń to jest
gość – ciągnął tamten. - On potrafi wypić. Ostatnim razem
wybulił dwa pod rząd.
- Imponujące –
stwierdziłem zastanawiając się, czy dobrze usłyszałem. Dwa piwa
to przecież nie jest tak dużo.
- Normalnie bierze
kufel i pije. Wyobrażasz to sobie?! - Entuzjazmował się brodacz. -
On dużo może. Pije nawet szampana. Jak wypije kieliszka, to prosi o
następnego. Facet jest po prostu niesamowity!
Tam, gdzie
mieszkałem wcześniej, wielu było takich pijanych filozofów,
gotowych za kufel piwa gadać przez całą noc. Jeśli ich
ignorowałeś, mówili głośniej. Jeśli wchodziłeś z nimi w
dysputy, przegadywali cię. Jeśli postawiłeś im piwo, paplali
jeszcze więcej w nadziei na kolejne. Jeśli kazałeś im spierdalać,
grali pokrzywdzonych, wywołując w tobie poczucie winy. Najlepszą
taktyką było nie dopuścić, żeby się w ogóle odezwali.
Niestety, było już za późno. Brodacz zaczął już nawijać, ale
ten typ był inny. Z reguły tacy goście użalali się nad swoim
losem, opowiadali historie swojego życia, albo dawali dobre rady w
rodzaju: ,, trzeba ruchać”, ,, dobra zagrycha to podstawa”,
albo ,,picie jest złe, ale niepicie gorsze”. Ich życie toczyło
się wokół alkoholu. Oni nie mieli codziennych problemów
przeciętnych Kowalskich. Dla nich ,, przeżyć” oznaczało mięć
za co się napić, albo jeszcze lepiej napić się za darmo. Oni nie
chodzili do lekarzy, nie martwili się, w jakim stanie jest ich
wątroba albo trzustka. Normalni ludzie, spożywając takie ilości
alkoholu, usłyszeliby od lekarza, że wątroba jest do wymiany,
trzustka zniszczona i muszą kategorycznie przestać pić, palić i
przejść na dietę. Wielu by to zrobiło, martwiąc się przez
resztę życia o swoje zdrowie. Osiedlowym filozofom takie troski
były obce. Oni martwili się co najwyżej utraconą karierą, albo
rodziną. I to tylko wtedy kiedy byli trzeźwi, czyli rzadko.
Ten facet wyglądał
jak zwykły pijak, pachniał jak zwykły pijak, ale nie gadał jak
zwykły pijak. On podniecał się tym, że ktoś wypił dwa piwa i to
nie z zazdrości, że ktoś tyle ma, tylko z podziwu, że ktoś tyle
może. Imponowało mu to. Zachowywał się jak kibic sportowy, który
opowiada o bramkach Ronaldo, o tym, że Koby Bryant zdobył
osiemdziesiąt jeden punktów, albo jak dziecko, które opowiada o
nowej zabawce. Przypominał trochę angielskiego lorda, który stara
się o członkostwo w elitarnym klubie, żeby podnieść jeszcze
bardziej swój status społeczny, gdzie członkowie odznaczają się
jakimiś wyjątkowymi cechami lub umiejętnościami. W tym przypadku
było to wypicie więcej niż jednego kieliszka. Ten facet mnie
irytował, ale byłem bardzo ciekawy, co będzie dalej.
- Znasz Sikorkę? -
zapytał, i nie czekając na odpowiedz ciągnął. - Sikorka to jest
chłop, on to dopiero potrafi wypić... ,,-A więc to będzie
dalej, będę wysłuchiwał o niesamowitych dokonaniach jego
kolegów...” - Wczoraj wypił trzy kufle piwa w trzy godziny,
ale to jeszcze nic, Piwożłopiks potrafi wypić trzy browary i nawet
tego nie poczuć.
Miałem dość. Nie
chciałem już słuchać o kolejnych żałosnych osiągnięciach
tutejszych amatorów piwa. Uciekłem do toalety. W środku był jakiś
facet.
- Znasz Wielbłąda?
- zapytał.
O nie! Następny.
- Widziałem, jak z
nim rozmawiasz Trudno z nim wytrzymać, ale jest nieszkodliwy. Ma
jedną wadę, nie potrafi pić. Co innego Sikorka, on to...
- Zauważyłem –
burknąłem, przerywając mu.
Kolejny oszołom, z
którym nie miałem ochoty wdawać się w pogawędkę, ale zaraz,
przecież przyszedłem poznawać tu nowych ludzi i otoczenie. Może
tu wszyscy są tacy i nie spotka już nikogo normalnego. Czy to
oznacza, ze jestem skazany na wieczne milczenie? Może, jak wdam się
w niezobowiązujące ględzenie o niczym, to dowiem się czegoś
ciekawego.
- Często tu bywasz?
- zagadnąłem.
- Ja tu żyje, śpię
i wstaje, a nawet – tu konspiracyjnie się do mnie nachylił i
ściszył głos – robię kupkę.
Wziąłem głębszy
oddech. Miałem ochotę roztrzaskać mu na głowie kufel, albo
krzesło. Zamiast tego zbyłem się pod byle pretekstem i wyszedłem
z WC. Nie chciałem przecież kłopotów. Widocznie wypiłem za mało,
jeśli miałem tu dłużej wytrzymać, koniecznie musiałem nadrobić
zaległości.
Poszedłem do baru
po kolejnego browara, czekał mnie długi i być może ciężki
wieczór. Na szczęście Wielbłąd się gdzieś ulotnił. Stałem
tam tak przez dłuższą chwilę. Nikt do mnie nie podszedł, ja do
nikogo się nie odezwałem. Oaza spokoju. Mijała minuta za minutą,
chwila za chwilą. Nic się nie dzieje, to znaczy ktoś się
pokłócił, ktoś pobił, jakaś laska dała facetowi kosza, a jakiś
facet olał laskę. Normalne barowe sytuacje, ale mnie one nie
dotyczyły. Nuda, przyjemna nuda.
- Może coś
mocniejszego? – spytała Kogut wyrywając mnie z zadumy. Nawet nie
zauważyłem, kiedy skończyło mi się piwo.
- Dzięki.
- Może Whisky,
Brandy, Campari, Aperol, Mojito. Baccardi, a może jeszcze piwo?
- Myślę, że
Aperol będzie w sam raz.
Przyrządziła mi
pomarańczowego drinka w dużym kieliszku, po czym dolała jeszcze
ćwiartkę wódki.
- Gratis od firmy –
powiedziała w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie. - Musisz
więcej pic.
- Eee?
- Niedługo
przyjdzie, on nie lubi trzeźwych klientów.
- Kto?
- On –
odpowiedziała, po czym odwróciła i zaczęła przecierać czyste
kufle.
Czyżbym wyczuwał
strach i kim jest ten ,,On”?
Kimkolwiek był,
musiał być kimś ważnym, być może niebezpiecznym. Może nawet
jej szefem. Barmanka nie była chętna do udzielania mi wyjaśnień,
czekałem więc na rozwój wypadków, popijając drinka.
Z wolna zaczynało
mi szumieć w głowie, znajome objawy odurzenia alkoholem. Czułem,
że jeszcze trochę, a paplanina Wielbłąda byłaby dla mnie
fascynująca, a nie jak wcześniej irytująca.
Wtem do lokalu
wszedł nowy gość. Niby nic szczególnego, ale, gdy tylko się
pojawił, atmosfera się zmieniła. Rozmowy ucichły, wszystkie oczy
skupiły się na nim. Nie można tego było racjonalnie wyjaśnić,
ale wyczuwało się od niego coś, jakby czyste, pierwotne zło. Coś
wisiało w powietrzu.
Nowy przybysz miał
jakieś metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, był szczupły i miał
strasznie bladą cerę, jak informatyk. Tak, to musiał być
informatyk, ktoś, kto jest tak blady, musiał całe dnie spędzać w
biurze przed komputerem. Trudno było określić jego wiek. Miał
delikatne rysy, ten dziewczęco-chłopięcy typ urody, który
sprawia, że przez całe lata wygląda się jak młodzieniec. Obrazu
dopełniały długie, kasztanowe włosy Równie dobrze mógł mieć
dwadzieścia jak i czterdzieści lat.
Podejrzewałem, że
to ten ów ,,On”. Mimo swojego żeńskiego wyglądu, biła od niego
pewność siebie, bezwzględność oraz poczucie wyższości nad
innymi. To nie był typ wrażliwca i lepiej było z nim nie
zadzierać.
Wszedł dostojnym
krokiem. Rozejrzał się, podszedł do baru. Wszyscy barmani zaraz do
niego podskoczyli. Zamienił z nimi kilka słów i ci rozeszli się
po całym klubie. Został tylko jeden. Usłyszałem fragment rozmowy.
,, Ketamina daje bardzo gorzki smak, jest niesmaczna”.
Ketamina to środek,
którego używa się m. in. do usypiania zwierząt, rzadziej ludzi. O
co tu chodziło? Skończyłem farmacje, ale nie zajmowałem się tym
na co dzień. W takich chwilach, jak ta, zaczynałem tego żałować.
Niemniej miałem w przeszłości do czynienia z najróżniejszymi
specyfikami. Nagle mnie olśniło.
Ketaminę sprzedaje
się czasami zamiast kokainy, ponieważ bardzo podobnie wygląda.
Właściwie jest nie do odróżnienia. Faktycznie ma gorzki smak,
który dilerzy próbują niekiedy zamaskować domieszką aromatu
truskawkowego. Ketamina w odpowiednich dawkach powoduje zmiany
postrzegania, urojenia, problemy motoryczne oraz utratę pamięci.
Czyżby informatyk był dilerem, a może chce sobie podupczyć i
używa tego jako pigułkę gwałtu? Gdyby dosypać jej trochę do
piwa, to jego kolor by się nie zmienił, ofiara mogłaby co najwyżej
stwierdzić, że dziwnie smakuje, ale prawdopodobnie nie zwróciłaby
na to uwagi, a pierwsze objawy działania wzięła by za rausz
alkoholowy a potem byłoby już za późno.
- O, Krzyś
przyszedł. On jest dziwny. Nigdy nie pije, pewnie jakiś abstynent,
albo inny zboczeniec.
- Obejrzałem się,
koło mnie stał Wielbłąd.
- Kim jest ten
Krzyś? - spytałem.
- Naszym
dobroczyńcą. To dzięki niemu istnieje ten cały piwopój. Jest
właścicielem.
Czyli miałem
racje, że to szef.
- Biedak ma kłopoty
– ciągnął Wielbłąd. – Ktoś puścił głupią plotkę, że
tu giną ludzie. Teraz Sanepid siedzi mu na karku.
- Giną ludzie,
Sanepid?
- A tak, podobno w
tej sali ze striptizem znaleziono siedem trupów, ale coś poszło
nie tak, dwa trupy nie przeżyły.
Zdębiałem.
- Na domiar złego -
mówił dalej – uparły się, żeby tu zostać. Ludzie mówią, że
to miejsce jest nawiedzone. O północy dzieją się tu podobno
dziwne rzeczy.
Wreszcie Wielbłąd
zaczął mówić ciekawe rzeczy. Co prawda bzdury, ale za to
interesujące. Nie wierzyłem w plotki, nie wierzyłem, że
znaleziono tu trupy, a już na pewno nie w to, że dwa nie przeżyły
i że takimi sprawami zajmował się Sanepid. Nie brałem jego
paplaniny na serio, ale może była w tym jakaś cząstka prawdy. Tak
jak w legendzie.
- To nawiedzony pub?
- spytałem.
- Tak. Podobno o
dwunastej w nocy słychać tu pijackie przyśpiewki. Muzyka sama się
wyłącza. Sprzęt przestaje działać i słychać, jak ktoś
fałszuje:,, Mistrzem Polski jest Legia”.
- Kim były te dwa
trupy, co nie przeżyły?
- Podobno jakiś
kibol z dziewczyną. Ona była wróżką, czy kimś takim.
- Jak to możliwe,
że dwa trupy nie przeżyły? A reszta?
- Reszta przeżyła.
TELEFON! TELEFON! Chodź do nas – przeraźliwym skrzekiem Wielbłąd
zawołał młodą dziewczynę, która zaczęła iść w naszym
kierunku.
- To jest Sushina,
umarła w zeszły piątek – powiedział jak gdyby nigdy nic.
- Sushina Telefon –
przedstawiła się dziewczyna.
Znowu zdębiałem.
Nie tylko z powodu tego, co powiedział brodacz, czy jej dziwnego
imienia i nazwiska, ale również dlatego, że Sushina była
oszołamiającą piękna. Przez chwile tylko stałem i gapiłem się
na nią. Świetna figura, długie nogi, czarne włosy i kocie oczy.
Ale była zadziwiająca blada jak na szatynkę.
- J- J - Jak to
umarła, przecież nie jesteś duchem?
- Nie jestem, ale
jestem bardzo nieżywa. A te duchy są okropne. Obrażają uczucia
kibiców Wisły, a poza tym strasznie fałszują. Barmani się
wściekają, że klienci robią burdy, bo chcą napiepszać
legionistów, ale ich nie widzą, więc biją się między sobą.
Krzyś postanowił coś z tym zrobić. Wezwał jakiegoś księdza na
egzorcyzmy.
Co za dom wariatów.
Przeprosiłem towarzystwo i poszedłem do kibla. Musiałem chwile
ochłonąć. Chwile po mnie wszedł jakiś facet z portfelem w
zębach. W tej toalecie nie było kabin, muszle klozetowe stały
luzem. Stanął przy jednej i zaczął grzebać w portfelu, jakaś
moneta wpadła mu do muszli. A on, głośno przeklinając, wyjął
banknot dwustu złotowy i wrzucił go do muszli, po czym zanurzył w
niej rękę, wyjął banknot i monetę.
- Co ty robisz? -
spytałem.
Na to on
odpowiedział, że jak już musi wsadzać rękę do klozetu, to nie
zrobi tego dla dwóch złotych. Co innego jeśli chodzi o dwieście
złotych.
Tak, to miejsce
zdecydowanie było specyficzne. Na zewnątrz usłyszałem również
osobliwą rozmowę. Rozmawiało dwóch gości To musiał być
Amerykanin, sądząc po akcencie.
- You know, we have
Stevie Wonder, Johnny Cash, Johnny Hope. Do you understand?
- We have no
wonders, no cash, no hope. - odpowiedzał mu drugi. Polak, sądząc
po akcencie.
Kiedy wyszedłem z
toalety, zobaczyłem przy jednym z filarów Sushine, Krzysia i
jakiegoś faceta, który sądząc po koloratce był księdzem.
Podszedłem tak, że mnie nie widzieli i skryłem się za jednym z
filarów. Słyszałem rozmowę dość wyraźnie.
- J–je–jeżli
tego nie zrobisz tooo złaaaa– amm–am – amie swoje zasady co do
spo-spo- spoooożywania pokarmu, a tyyy do- do-do- dodołaczysz do
do naszego grogrona. W- Wiesz co to oznacza? - jąkał Krzyś do
księdza.
- Wiem. Nie musisz
mi przypominać. Zrobię to.
- Do-dobrze. O
inaczej zostaniesz w – wa-wa...
- Wampirem. Wiem –
dokończył ksiądz.
- Wampirem! -
krzyknąłem osłupiały. To było silniejsze ode mnie. Krzyś
momentalnie doskoczył do mnie, chwycił za szyję jedną ręką,
podniósł jak szmacianą lalkę i przycisnął do ściany.
- Za-zamknij się.
Tak , wampirem aaaa jaaak pipipipiśniesz choć słowo, to–to–to
to... Powiedz mu – zwrócił się do księdza.
- jeśli piśniesz o
tym choć słowo to on cie zabije, albo gorzej. Nigdy już nie
wejdziesz do królestwa niebieskiego. Jedziemy na tym samym wózku,
bracie.
- Wa-wampirem?
Mnie też się
najwyraźniej udzielił sposób mówienia Krzysia. Jego bladość i
złowroga aura nawet mi pasowały do wampira. Wizerunek psuło mi to,
że się jąkał. On nie wydawał się jednak tym przejmować.
- Będziesz siedział
cicho, będziesz żyć – powiedziała Sushina, która się temu
spokojnie przyglądała – i nie pij już więcej – dodała.
Wampir Krzyś
postawił mnie na ziemi i odeszli, zostawiając mnie w spokoju. Kiedy
ustabilizował mi się oddech pobiegłem do drzwi wyjściowych.
Chciałem uciec stąd czym prędzej. Drzwi jednak były zamknięte.
Zacząłem się z nimi szamotać. Nikt mi nie chciał otworzyć byłem
w pułapce.
piątek, 13 lipca 2012
The Bad Boys – zmora Jordana
Kto
jest największym wrogiem Chicago Bulls epoki Jordana. Z kim toczyli
największe boje, kogo obawiali się najbardziej. Odpowiedz na to
pytanie nie jest oczywista. Jeśli by o to samo spytać fanów Lakers
wszyscy zgodnie odpowiedzą, że Celtics. Co do Bulls, to wielu powie
pewnie Utach Jazz, bo z nimi spotkali się w finałach dwukrotne.
Jednak prawda jest taka, że Jazz nigdy nie wygrało serii z Chicago.
Tak naprawdę to mało kto zagroził ich dominacji, pierwsze 4
finały zagrali za każdym razem przeciwko innej drużynie.
Prawda
jest taka, że kiedy Byki zostały już mistrzem nie było na nich
mocnych dopóki Jordan nie wycofał się z koszykówki, a po jego
powrocie od momentu kiedy Rodman pojawił się w składzie.
Zastanówmy
się kto zatem pokonał Bulls z Jordanem w składzie w serii play
-of. W 1995 byli to Orlando Magic, ale jordan wrócił dopiero co ze
swojej sportowej emerytury. Na samym początku byli to Boston
Celtics, a kiedy w zasadzie uformował się trzon przyszłe go
zespołu mistrzów byli to Detroit Pistons.
Robotnicze
miasto, robotnicza filozofia, robotnicza koszykówka. Tak w skrócie
można było określić tłoków. Na papierze na pewno nie byli
najmocniejszą drużyną w lidze, ale pod koniec lat 80 – tych nie
było na nich mocnych.
Nie
prezentowali miłej dla oka finezyjnej gry, ale jej zupełne
przeciwieństwo. Nie chodziło o to, żeby ograć rywala, tylko go
zamęczyć, zniszczyć, zmieszać z błotem, a na końcu opluć. Grali
według zasady ,, wszystkie chwyty dozwolone”, byle osiągnąć cel
ostateczny jakim jest zwycięstwo. Wprowadzili modę na twardą i
bezwzględną obronne, która stała się tak charakterystyczna dla
całej NBA w latach późniejszych. Nikomu nie pobłażali,
wszystkich traktowali tak samo, nikogo nie lubili i nikt nie lubił
ich. Zyskali sobie miano ,, złych chłopców” - The Bad Boys.
Przerwali oni dotychczasową hegemonie Lakers i Celtics.
Pistons zaczęli tworzyć swój mistrzowski skład na kilka lat przed bykami. Sercem zespołu był jeden
z najlepszych rozgrywających w historii - Isiaha Thomas. Kiedy
przyszedł on do zespołu w 1981 roku, tłoki nie miały ani tradycji, ani
ambicji ani wytyczonego celu. Thomas nie zamierzał się na taki stan rzeczy godzić.
Już od
pierwszego roku zaczął jeździć na finały NBA uważnie studiując grę i
podejście występujących tam drużyn. Starał się wychwycić i wyodrębnić te
cechy, które są potrzebne zespołowi do zwycięstwa w najważniejszych
meczach. Magic Jonhson był jednym z jego najbliższych przyjaciół i rok
rocznie pojawiał się w Finałach NBA i zdobył 5 mistrzowskich tytułów.
Zapytany o tajemnice sukcesu odpowiedział wprost: ,, Nie powiem Ci co
pozwala wygrywając na tym poziomie, będziesz musiał się sam tego
nauczyć.”
Rozmawiał
nie tylko z graczami NBA ale również z najlepszymi zawodnikami footbolu
amerykańskiego nieustannie zadając to samo pytanie ,, Co jest
potrzebne, aby wygrywać w play-of?”
Thomas
doszedł do wniosku, że wcale nie chodzi o to, żeby mięć w zespole same
gwiazdy, ale o to, by stworzyć wzajemnie uzupełniająca się mieszankę,
gdzie każdy zna swoje miejsce. Gdzie zawodnicy mają wspólną wizje
dążenia do zwycięstwa i omie tego potrafią zapomnieć o swoich
indywidualnych zdobyczach poświęcając się dla zespołu. Zauważył też, że
zespoły zwycięskie walczą często jakby same przeciwko całemu światu,
czują się wyobcowane. A jeśli nie mają obecnie wrogów, na których
mogłyby skupić swoją złość to same ich sobie tworzą. Idealnie oddawało
to charakter przyszłych ,, złych chłopców”.
Nastepnym
ważnym pozyskanym zawodnikiem był Bil Laimbeer z Cleveland Cavaliers.
Nikt jednak nie uważał wtedy tego za rewolucyjne posuniecie. Był on na
dobrej drodze, żeby zniknąć gdzieś
wśród wielu rezerwowych środkowych ligi. Można było odnieść wrażenie,
ze w Pistons chce on się wyżyć i udowodnić wszystkim innym, że nie jest
tylko kolejnym białym, wysokim i powolnym zawodnikiem,
ale ważną częścią zespołu. I był nią faktycznie. To on w głównej mierze
tworzył wizerunek Detoit jako najbardziej brutalnej drużyny. Mówiono o
nim: ,, Nikt go nie lubi, chyba, że gra w twoim zespole.” Poza tym
świetnie rzucał trójki jak na tak wysokiego gracza.
W
połowie lat 80 – tych Pistons zaczęli dopełniać swój skład. Pozyskali
Joego Dumarsa, rzucającego obrońce który był świetnym uzupełnieniem dla
Thomasa. Dobrze rzucał i bronił. Micheal Jordan wyraził się kiedyś, że
jednym z graczy przeciwko, którym najtrudniej mu się grało był właśnie
Dumars. Zawsze, też wyrażał się o nim z szacunkiem.
Dumars był chyba najbardziej nietypowym graczem Detroit, który - rzecz absolutnie nie do pomyślenia w
czasach Bad boys – w latach 90 – tych zdobył nagrodę fair play. Mimo
tego Dumars świetnie się tam zaaklimatyzował i był nawet MVP finałów w
89.
Do
zespołu doszli również Rick Mahorn i Dennis Rodman, który jeszcze nie
był tym ,, Robakiem” jakiego znamy z Chigago Bulls, ale już potrafił
wkurzyć. I był o wiele lepszym graczem w ataku. W
czasach Bulls był tak kiepskim graczem ofensywnym, że publiczność
wiwatowała za każdym razem kiedy udało mu się zdobyć kosza, tak w czasach Pistons miał sezon w którym zdobywał prawie 12 punktów na mecz. W defensywie był świetny jednak zawsze.
To
oczywiście ci najbardziej znani i kojarzeni z tą drużyna, na jej sukces
mieli również wielki wpływ gracze, których tu nie wymieniłem.
Ich klucz do sukcesu? Obrona, obrona i jeszcze raz obrona plus wyprowadzanie przeciwników z równowagi. W samym 89 roku Laimbeer i Rodman i Mahorn zapłacili łącznie 11 tys. kary na 29 100 drużyny za przewinienia techniczne. Dla porównania drudzy na liście byli Portland, którzy zapłacili 10 500.
Wystarczyło to na Lakers, Blazers czy
Bulls. Wystarczyło to na każda inna drużynę NBA. Detroit dwukrotnie
zdobywało mistrzostwo w 89 i 90 roku. W 88 byli w finale, który
przegrali z Lakers. Doprowadzili do tego, że sfrustrowany Jordan
uroczyście przysięgał, że Bulls już nigdy więcej nie da się wyeliminować
drużynie Pistons,
Dla
mnie ,,The Bad Boys” to drużyna, która zmieniła oblicze całej
koszykówki. Dotąd mecze kończące się wynikiem poniżej 110 punktów były
rzadkością, preferowano bardziej ofensywną koszykówkę. Detroit Pistons
niejako wprowadzili modę na silną defensywę, która trwa do dziś.
poniedziałek, 4 czerwca 2012
sobota, 2 czerwca 2012
Święta w Akyrfie ( odc. 9)
Rozdział
8
Szli,
szli, ciągle szli i jeszcze nie doszli, ale posuwali się do przodu
nie zważając na chłód, mróz, śnieg, wiatr oraz dręczące ich
wątpliwości.
Właściwie
nie było to zgodne z prawdą, ponieważ szedł tylko Gerard, a Ted
albo szybował nad nim, albo siedział mu na grzbiecie. To drugie
czynił przez większość czasu, czyniąc sobie z niego swojego
tragarza, instruując przy tym geparda jak ten ma iść. Gerard nie
miał jednak nic przeciwko temu, bo stwierdził, że w ten sposób
ćwiczy sobie mięśnie pleców, a kiedy już znajdzie żonę, to
przynajmniej nie będzie wyglądał jak chuderlak. Na gadanie sępa
uodpornił się dawno temu i jego mądrzenie się oraz instrukcje
nie robiły już na nim większego wrażenia. Niemniej ciągle liczył
się z jego zdaniem.
-
Uzgodnijmy to jeszcze raz. Idziemy do Mikołaja, mówimy mu, że
święta nam się nie podobają i są do bani, oraz żądamy, aby
kategorycznie zrezygnował z uprawiania ich w Akyrfie, a także, żeby
zwrócił nam słoneczko. - dopytywał się Gerard.
-
Właśnie tak – skwitował Ted.
-
A co będzie jeśli on się nie zgodzi.
-
Zgodzi się, a jeśli nie to zagrozimy, że go ugryziesz.
-
Taa. Już to widzę. Wynoś się z Akyrfy, albo cię ugryzę. To na
pewno poskutkuje. Nie zapominaj, że ten gość gada z Bogami. -
powiedział sarkastycznie gepard.
-
Masz racje. Potrzebujemy na niego jakiegoś haka. Czegoś co... CO TO
JEST.!!!?
Na
prawo od nich, w odległości kilkudziesięciu metrów znajdowała
się zbudowana z lodowych bloków kopuła trochę większa od
dorosłego słonia. . Gdy podeszli bliżej i obeszli dookoła okazało
się, ze z drugiej strony jest małe wejście, a nad nim wyżłobiony
w lodzie napis:
,,
IGLOO WUJA HÓJA”
Po
obu stronach wejścia stały dwa identyczne posągi zbudowane z 3
śnieżnych kul poukładanych jedna na drugiej, przy czym ta na
szczycie była najmniejsza, a ta na samym dole największa. Na
środkowej kuli figury z lewej strony wejścia, był ułożony z
patyków napis: ,, BAŁWAN WUJA HÓJA”, a na środkowej kuli figury
z prawej strony ,, DRUGI BAŁWAN WUJA HÓJA”
Dwaj
podróżnicy wydobyli z siebie przeciągłe ,, Oooooo”.
Z
otworu wejściowego wyłonił się łepek należący do jeżozwierza.
-
Witajcie – powiedział łepek – ja jestem Wuj Hój, a to moje
igloo. To ja je zbudowałem, więc jest to igloo Wuja Hója, a to są
bałwany Wuja Hója, czyli moje. Pewnie chcecie też poznać żonę
Wuja Hója i jego dzieci, ale jestem rozwodnikiem, więc ich nie
poznacie. Nie płaczcie.
-
Witamy – odpowiedzieli obaj podróżnicy i poszli dalej.
środa, 23 maja 2012
Świeta w Akyrfie ( odc. 8 )
Rozdział 7
Nie
lubił innych. Naprawdę ich nie lubił. Nie miał za co. Posiadał
ambicje, chciał... zawsze bał się to wypowiedzieć na głos, ale
kiedy się odważył jego życie zmieniło się o 180 stopni. Chciał
po prostu, żeby nie było innych. Denerwowali go. Uzmysłowienie
sobie tego wykreowało jego życiowa misje. Postanowił, że będzie
robił tak, żeby innych było mniej.
Brzmiało to bardzo prosto, ale Obol tak nie uważał. Redukowanie
bytności innych uważał za sztukę trudną i wyrafinowana. Nie
każdy się do tego nadawał, mało kto posiadał na tyle wrażliwości
– Obol ją miał. Ze swojej misji uczynił sposób na życie.
Za
każdym razem, gdy za jego sprawą ,, ktoś poszedł do piachu”,
miał poczucie, że spełnił dobry uczynek i wypełnił swój
obowiązek względem świata. Z biegiem czasu jego umiejętności w
tym zakresie stały się powszechnie znane. Zaczęto go wynajmować,
by pozbył się kłopotliwych osobników, on z kolei wykonywał te
zadania z radością, niekiedy pozbywając się tez samych
zleceniodawców. Nie liczyły się dla niego, ani pieniądze, ani
wykwitnę potrawy, ani nic innego. Najważniejsza była jego pasja i
wewnętrzna potrzeba.
Zgłaszali
się do niego też tacy, którzy chcieli go naśladować i uczyć się
od niego. Tego Obol wyjątkowo nie lubił i czuł się niezręcznie w
roli nauczyciela, ale miał poczucie, że jest to ważna sprawa, gdyż im
więcej osób będzie zaangażowanych w usuwanie ,, innych”, tym
mniej ich będzie na świecie. Dlatego, choć niechętnie, to
podejmował się szkolenia przyszłych adeptów ,, Obolstwa”.
Obecnie
pod jego skrzydłami znajdowało się sześciu braci. Obol nie potrafił ich
rozróżnić, dla niego wszystkie skrzaty wyglądały podobnie. Na
domiar złego myliły mu się imiona, co doprowadzało zawsze do
urażenia, któregoś z braci, a to nie ułatwiało współpracy.
Sześciu
braci rzeczywiście nosiło imiona, które mogły się mylić -
Nasram, Osram, Posram, Tusram, Jasram, Tamsram. Pracowali oni niegdyś
dla Świętego Mikołaja, ale odeszli gdy zorientowali się, że
muszą wykonywać co innego niż się spodziewali. Myśleli, że będą
okradać z zabawek, a nie je produkować. Czuli się oszukani i od
tamtej pory planowali zemstę na swoim byłym szefie. Nie wiedzieli
jak, a ponieważ jedyne co im przyszło do głowy to likwidacja
Mikołaja, więc nawiązali współprace z Obolem w nadziei, że ten
nauczy ich ładnie zabijać. A on miał zabijanie we krwi.
Pochodził
od tak zwanych małp z lasu Bili, jednego z najbardziej tajemniczych
podgatunków szympansów. Były one większe niż zwykłe szympansy,
osiągały wzrost około 2 metrów i wagę do 120 kilogramów.
Niektórzy twierdzili, że to jakaś krzyżówka z gorylem, inni, że
to goryle, jeszcze inni, że to nie wiadomo co, ale trzeba się bać.
Nikt jednak nie wiedział jakie jest ich pochodzenie. Nie wiedzieli
też tego sami przedstawiciele małp Bili, zresztą niewiele ich to
obchodziło. Nie przejmowali się niczym i nie bali się nikogo. W
odróżnieniu od innych małp oprócz goryli budowali swoje gniazda
na ziemi, niewiele sobie robiąc z drapieżników np: lwów. To lwy
raczej miały problem, ponieważ te małpy na nie polowały.
Obol
był swojego rodzaju dziwakiem ponieważ on nie lubił nawet
przedstawicieli własnego gatunku, zabijał ich z równą
przyjemnością jak każdego innego. Rozumiał na poziomie logicznym,
jak ważne w życiu są poprawne relacje z innymi oraz takie wartości
jak miłość, przyjaźń czy pomaganie innym, ale tego nie czuł.
Nie odczuwał w ogóle potrzeby, żeby być lubianym. Był
samowystarczalny, inni denerwowali go tylko. Wiedział natomiast, że
dla wielu rodzinna oraz wszelkie okazje do umacniania więzi są
bardzo ważne, dlatego zdziwił się kiedy dostał zlecenie na
Mikołaja.
- Tego
od gwiazdki? - spytał chcąc upewnić się czy chodzi od
odpowiednią osobę.
- Tak.
I niech to wygląda na wypadek – odpowiedział Koko.
- Jaki
wypadek?
- Taki
przypadkowy.
- W
porządku.
- To
ci się opłaci. Będziesz mógł sobie wziąć jego worek pełen
prezentów, dlatego sugeruje, żeby to miało miejsce 24 grudnia
podczas jego delegacji. Pomyśl tylko, będziesz mógł za jednym
zamachem zgarnąć prezenty gwiazdkowe całego świata i zabić
Mikołaja, a potem szpanować przed znajomymi. Ilu osobom się coś
takiego udało, eee?
- Ja
nie mam znajomych.
-
Żadnych? - zdziwił się Koko.
-
Żadnych. Wszystkich zabiłem.
- Nie
czujesz się czasem samotny?
- Nie.
Mam tych swoich uczniów, ale ich też zabije. Przedtem im jednak
opowiem jak załatwilem Mikołaja. Może ich czegoś nauczę.
- Ale
dlaczego chcesz ich zabić?
-
Denerwują mnie.
- To
po co ich uczysz?
-
Lubie uczyć – Obol wzruszył ramionami – Kiedyś nie lubiłem,
ale odkryłem, ze fajnie jest jak uczniowie robią postępy.
-
Wpierw ich uczysz, a potem zabijasz. To bez sensu. Jaki z tego
pożytek?
-
Taki, że sprawia mi to przyjemność. Znacznie przyjemniej jest
zabić kogoś, kogo już zdążyłeś poznać i nie polubić. Prawda?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
