TENTEGO

TENTEGO

środa, 20 marca 2013

Święta w Akyrfie odc.12


Rozdział 11

Ted przyglądał się uważnie wężowi Długiemu. Była to żmija gabońska, których osobiście nie znosił. Żmije gabońskie miały ubarwienie maskujące, które czyniły je praktycznie niewidocznymi wśród traw, liści i gałęzi. Ted zawsze się obawiał, ze na jakąś nadepnie, a to mogłoby się skończyć ukąszeniem, z reguły kończącym się śmiercią. Węże te były bowiem bardzo jadowite, miały też największe, dochodzące do 5 cm długości, zęby jadowe pośród wszystkich.
Ted zastanawiał się jak to jest możliwe, że pomocą psychiczną, gdzie właśnie zaufanie do terapeuty powinno być podstawą,.zajmuję się zwierze, które budzi powszechny strach. Jak może rozluźnić się w rozmowie, wiedząc, że jedno ugryzienie, może go zabić. Jak ma nawiązać kontakt, jeśli terapeuta budził obrzydzenie.
Zmije Gabońskei nie miały najlepszego wzroku, toteż otoczenie badały głównie językiem, który nieustanie wysuwał się i wsuwał do pyska, przypominając sępowi dyndającego robaka.
- Ssssłucham, w czym mogę ci pomóc? - zapytał wąż.
- Nie lubię świąt – odpowiedział sęp.
- Ssssssłucham?
- Nie lubię świąt.
- I to jessst powód, żeby psssychodzic do terapeuty, dyplomowanego mądrali? - zdenerwował się wąż.
- Każdy powód jest dobry, żeby pogadać. Chyba za to wam płacą, za gadanie
Ted sam się zdziwił, że powiedział to tak zadziornie. Doszedł do wniosku, że za wszelką cenę nie chciał pokazać, nawet sobie, że się boi.
- Dobsse, zatem. Psssessskadza ci to, że nie lubisz śśśświąt?
- Nie. Przeszkadza mi tylko to, że są. Nielubienie ich jest nawet spoko, ale mogłoby ich nie być.
- Dlacego ich nie lubisss?
Teda coraz bardziej drażnił wysuwający się język. Najchętniej by go chwycił i wyrwał, ale za bardzo bal się zębów jadowych,znajdujących się bardzo blisko owego języka.
- To nie po naszemu. Całe wieki obywaliśmy się w Akyrfie bez świąt. A nagle pojawia się jakiś Mikołaj i chce nas uszczęśliwić na siłę, sprowadza to białe gówno z nieba, karze ubierać drzewka, przygotować jakąś kolacje, przy której trzeba będzie śpiewać piosenki o jakimś dzieciątku i jeszcze nam wmawia, że będzie fajnie.
- Ale na całym śśświecie obchodzi się śśświęta. Wssyscy już je obchodzą, to bardzo modne. Akyrfa nie moze pozostać w tyle. Powinna nadązzać za światowymi trendami. To bardzo dobze, że Mikołaj zrobił taką akcje i umozliwił nam bycie na casie. Powinniśmy być mu wdzięczni i musiss to zrozumieć. Widzę, ze psed nami cięzka praca. Musimy zmienić twój sposób myślenia. Myślę, że zajmie nam to, tak z pół roku intensywnej pracy.
- A co jeżeli ja nie che zmieniać sposobu myślenia. Ja lubię swój sposób myślenia, jestem do niego bardzo przywiązany.
- To oznacza, że... pssykro mi to mówić, ale to znaccccy, że jesteś jednostką klopotliwą, w najlepsssym razie niepotsssebną, w najgorsssym niebezpiecną, bo mozes powodowac bunt, u normalnych jednostek. Więc jęsli nie chcessss się zmienić, to psssykro mi, ale będę cię musiał ugryzc.
- Ale po co? - zaniepokoił się sęp.
- Takie są psssepisy
- Nie podobają mi się te psepisy.
- Ooo własssnie o tym, mówię. Osobnik, któremu nie podobają się pssepisy jest spoleceństwu zbędny. A więc, dasss się ugryzc sam, czy mam użyć śiły?
- A może ja sobie po prostu wyjdę i zapomnimy o całej sprawie.
-No wiesss, niestety to nie jest takie proste. Widzisss ja tu pracuje i w ogóle. Jak się dowiedzą, ze nie psssetssegam pssepisów to mogą mnie zwolnić. I ja nie chce tak ryzykować. Nawet nie mogę. Widziss ja nie mam dzięci ani zony,. To nie jest łatwę utsymać jednoosobowa rodzinę.
- Hmm,jakbyś chciał mnie po prostu ukąsić, to byś nie tłumaczył tego wszystkiego. Z tego wniosek, ze nie chcesz tego zrobić. Co proponujesz w zamian?
- A co ty byś zaproponował na moim miejscu?
- Hmm – sęp milczał przez chwile. - Łapówkę?
- Nie, nie, nie. No chyba, ze rekompensatę za poniesione ryzyko związane z puszczeniem ciebie wolno.
- Ale to przecież to samo.
Ted miał w życiu proste zasady. Łapówkarstwem się brzydził. Wąż, który chciał od niego łapówkę brzydził go dwa razy bardziej. Wąż, który chciał go zabić , albo wziąć łapówkę, brzydził go trzy razy bardziej. Innymi słowy jego obrzydzenie sięgnęło zenitu. Ze względu jednak na dość ograniczoną mimikę sępów nie mógł tego niewerbalnie wyrazić. Długi nie miał pojęcia co dzieje się w środku jego rozmówcy.
- No cóż, przykro mi to mówić, ale nie stać mnie na łapówkę. Idą święta, musiałem zrobić kilka wydatków i w ogóle. - powiedział zakłopotany.
- Zatem ugryzienie?
- Co to? - spytał Ted, wskazując na mały młoteczek leżący na stole obok węża.
- Młoteczek, służy do badania odruchów.
- Mogę?
- Proszę, ale po co? Co to ma wspólnego z naszymi rozważaniami
Sęp chwycił w swoje szpony owy niepozorny przedmiot. Prze chwile się nim bawił, jakby sprawdzał jego ciężar, po czym bez ostrzeżenia uderzył węza w pysk. Ten potrząsnął łbem oszołomiony, nie wiedząc zupełnie co się stało. Ale nim się otrząsnął, Ted był już przy nim. Jedną nogą przygwoździł go do ziemi, drugą zaczął z wściekłością okładać młoteczkiem po głowie. Raz za razem, jakby chciał na nim wyładować cala swoja frustracje, cala swoją złość. Przerwał dopiero, kiedy uświadomił sobie, że czaszka węża pękła.
- Ojej – wyartykułował zmartwiony – chyba lekko przesadziłem.
Nie żeby się specjalnie przejął, ale zaczął się zastanawiać co ma dalej zrobić, rozglądając się po pomieszczeniu. Nie było żadnych innych wyjść, a na zewnątrz czekała kolejka pacjentów, którzy nie będą zachwyceni jak się dowiedzą, że zbawca ich samopoczucia ma czaszkę rozwaloną młoteczkiem do badania odruchów. W sumie to było trochę dziwne, że czaszka pękła pod naporem tego małego gówna, ale węże przecież nie mają ich zbyt mocnych.
Zadecydował, że wyniesie Długiego w torbie. Na szczęście w tym gabinecie było ich pod dostatkiem. Włożył węża do torby, wygramolił się z nory, a oczekującym oznajmił, że przyjmowanie pacjentów zakończone, bo mądrala ma ból głowy i prawdopodobnie pójdzie na chorobowe, zatem lepiej nie przychodzić do niego jutro,w pojutrze, w popojutrze, a nawet później. Potem dodał, ze lepiej w ogóle nie przychodzić, aż do odwołania.
Skierował się do wyjścia, gdy zobaczył Gerarda.
- O jesteś, wszędzie cie szukam.
- Zgadnij czego się dowiedziałem. Mają tu Mikołaja – oznajmił gepard.
- No co ty. Co on tu robi?
- Eee, o to się nie spytałem, ale jest tutaj. Ma nawet swoją norę. To ta. -W skazał na dziurę w ziemi w rogu baraku.
- A skąd o tym wiesz?
- Jeden z kuracjuszy mi powiedział. A ty byłeś u tego Długiego?
- No – mruknął sęp.
- A co masz w tej Tobie?
- Długiego – powiedział szeptem Ted.
- Co!?
- Ciii. Spokojnie, nie rób tyle hałasu. Chyba rozwaliłem mu czaszkę. Zdenerwował mnie.
- Co? - zaśmiał się gepard. – A kto mi powtarzał, że trzeba panować nad nerwami?
- To co innego, on mi groził, że mnie ukąsi. Nie mogłem mu przecież na to pozwolić. W ogóle mógł tego nie mówić. Mnie nie można denerwować, ja jestem wrażliwa ptaszyna.
- Dobra. Potem mi to opowiesz. Teraz chodźmy do tego Mikołaja. Chętnie go poznam.

czwartek, 7 marca 2013

Święta w Akyrfie odc. 11


Rozdział 10

- Widziałeś to? Co to było? - Dopytywał się Gerard.
- Jeżozwierz. - odpowiedział sęp.
- Nie o to pytam. To dziwne coś co nazywało się iglo, i ten napis. Nie … to jakaś straszna żenada.
- No i co z tego?
- Jak to co, trochę wyczucia. Domagam się gustu, dobrego, smaku i stylu. Stanowczo jest go zbyt mało. A tamto... , nie no. Brak mi słów. A to co?.
- Coś innego – skwitował Ted.
Patrzyli na ośnieżony drewniany barak, który nagle wyłonił im się spośród gęstego listowia drzew buszu. To znaczy byłyby one geste, gdyby była normalna pogoda, teraz były to tylko zaśnieżone łyse badyle. Weszli do środka. Odnieśli wrażenie, że cała budowla to tylko atrapa, ponieważ nic ta nie było oprócz zwierząt siedzących pod ścianami. Ustawiły się one w kolejki do różnych wielkości nor. Właściwe pomieszczenie bądź pomieszczenia były pod ziemia, a zadaszony bara był czymś w rodzaju holu. To wyglądało jak jedna wielka poczekalnia. Nie obowiązywały tu najwyraźniej zasady panujące na sawannie, drapieżniki nie atakowały zwierząt na, które zwykle polują, a te nie wpadały w panikę. Antylopa gnu spokojna sobie czekała na swoją kolej stoją pomiędzy dwoma lwami, a impala wdała się w swobodna pogawędkę z lampartem. Nikt też się nie przepychał. W tym miejscu nie obowiązywało prawo dżungli.
- Za czym kolejka ta stoi? - zapytał Ted Serwala, który najwyraźniej był ostatni w kolejce.
- Do mądrali węża Długiego.
- Taki długi?
- Nie, zadłużył się biedaczyna, ma kolosalne długi; hazard. Teraz musi dorabiać na boku.
- Jako mądrala?
- Tak, zawsze chciał mieć MD przed nazwiskiem.
- Czym konkretnie się zajmuje?
- Pomaga, zajmuje się zdrowiem psychicznym, pomaga.
- Ale w czym konkretnie?
- Pomaga. Na zdrowie psychiczne pomaga.
Ted pomyślał, ze ta rozmowa nie ma większego sensu, dlatego postanowił sam się przekonać o co cały to zamieszanie i poczekać w kolejce.
Tymczasem Gerard podłączył się do innej kolejki. Nie miał on jednak tyle cierpliwości co sęp. Najpierw zaczął się lizać, potem nerwowo rozglądać, potem truchtać w miejscu, aż zapytał w końcu:
- Panie, za czym kolejka ta stoi?
- Za szczęściem i spokojem ducha, za wyzbyciem się wszystkich trosk, za rodzinnym ciepłem,... – co oni wszyscy mają z tymi rodzinami, ciągle jeszcze żadnej nie znalazłem, trzeba się chyba spieszyć, pomyślał Gepard - … za poznaniem sekretu i sensu życia. - odpowiedziała mu impala.
Gerard dopiero teraz się spostrzegł, że to samica. Nie przejął się jednak swoją wpadką.
- A jak się to wszystko osiąga?
- Mądrala krokodylica Marysia mówi jak, wystarczy do niej przyjść i w zależności od tego jaki masz problem ustala terapie. Następnie pracujecie razem, spotykacie się raz na jakiś czas i pacjent opowiada na bieżąco, co u niego słychać. Jest świetna. Wystarczy tylko spojrzeć na liczbę pacjentów.
- Faktycznie jest spora kolejka – mruknął gepard i poszedł na początek kolejki.
- Przepraszam, kto z was jest pierwszy – zagadnął.
- Ja – powiedziała nieśmiało surykatka.
- Świętnie, zatem będę przed tobą – powiedział i wepchnął się na początek kolejki. Nikt nie zaprotestował. W końcu z nory wyszedł Ratel.
- Ona jest niesamowita! Czułem się taki przyziemny, teraz czuje się jakby dodano mi skrzydeł! - Krzyczał.
Gepard wszedł do nory. Nie miał większych problemów z przejściem przez tunel. Przeciskały się przez niego nawet hipopotamy. Większe zwierzęta jak słonie i żyrafy miały wizyty na zewnątrz. U końcu korytarz rozszerzał się , wchodziło się do jamy, a całe jej uposażenie składało się z biurka. Za biurkiem siedziała krokodylica, pysk miała tak długi, że niemal muskała nim osobę siedzącą po drugiej stronie stołu.
- W czym mogę pomóc? – spytała uprzejmie.
- No, tego ja w sprawie szczęścia. Ciekawy jestem. Tak po gepardziemu ciekawy, po prostu. Co ty im mówisz?Jesteś jakimś autorytetem, masz jakieś dyplomy?
- Oczywiście – wskazała na dyplom który wisiał na jakimś korzeniu wyrastającym ze ściany.
- Mądrala psychologi, psychiatrii, kursy metody Zenona. Certyfikat ŚŚPi, uczelnia Kongidż – przeczytał Gerard – Czy to wszystko znaczy, że trzeba cię podziwiać.
- To wszystko znaczy, że mam kompetencje, żeby ci pomóc.
- Ale ja nie potrzebuje pomocy.
- Oj na pewno potrzebujesz, tylko musisz wejrzeć w głąb siebie, przeanalizować swoje życie. Musisz znaleźć problemy w sobie, wydobyć je na powierzchnie. Tylko wtedy będę mogła ci pomóc.
- A nie lepiej ich nie wydobywać, po co ich szukać skoro na pierwszy rzut oka ich nie widać.
- Nie uważasz, że kiedy odkryjesz co cie trapi i wygadasz się bliskiej i bezstronnej osobie takiej jak ja, to poczujesz się lepiej?
- Nie.
- W takim razie dlaczego tu przyszedłeś?
Gerard zaczynał powoli tego żałować. Nie czuł się komfortowo. Bliskość pyska Marysi nie ułatwiała konwersacji, był tak blisko, że mógł policzyć jej wszystkie zęby. Gdzieniegdzie widział resztki jedzenia wystające pomiędzy nimi. To wszystko sprawiało. że momentami sam czuł się jakby krokodylica miała się zaraz na niego rzucić. I jeszcze ten fetor z pyska. Z trudem powstrzymywał się, żeby nie zatkać łapą nosa, odwrócić głowę, albo uciec gdzie pieprz rośnie.
- Sam nie wiem, chyba z ciekawości.
- Skoro miałeś ciekawość , która cie tu sprowadziła to znaczy, ze sama opatrzność chciała, żebyś tu trafił, więc tym samym masz jakiś problem, a ja mogę ci pomóc.
- Wiesz, przypominasz mi trochę mojego znajomego. Mądrzy się w trochę podobny sposób. Też potrafi być irytujący.
- Naprawdę? Opowiedz mi o nim.
- No, potrafi latać, jest moim zwiadowcą, jest głupi, ale go lubię. Jest w porządku, ale fajnie jest jak go nie ma. Jest wtedy tak cicho i spokojnie. Musimy jednak razem podróżować, bo szukamy Mikołaja. On sprowadził tę święta i w ogóle.
- Rozumiem – krokodylica ze zrozumieniem pokiwała głową. - Wielu pacjentów dostało przez to załamania nerwowego. Boją się, że nie wyrobią się z przygotowaniami. Dlatego oficjalnie przesunięto Boże Narodzenie o dwa tygodnie. Teraz jest trochę więcej czasu na przygotowanie.
- Super, mam więcej czasu na znalezienie rodziny – ucieszył się gepard.
- Szukasz rodziny, szukasz bliskości i miłości.
- Nie. Chce po prostu jako tako wypaść na Wigilie. Nie chce, żeby znajomi się ze mnie śmieli, że spędzam ją sam.
- Wiesz, to chyba nie tak powinno być tak. Nie powinieneś nic robić wbrew sobie, tylko po to, żeby inny pomyśleli o tobie lepiej. Chcesz zadowolić innych czy siebie? Któregoś dnia zobaczysz swoje odbicie w wodzie i co wtedy?
Wtedy wyskoczy z niej wielki krokodyl, pochwyci mnie, wciągnie pod wodę i zje, a przedtem utopi na śmierć, pomyślał gepard.
- Zobaczysz pysk kota, który żył własnym życiem czy pysk kota, który żył życiem innych zatracając gdzieś po drodze siebie - ciągnęła dalej krokodylica.
- W sumie wolałbym pożyć po swojemu.
- No widzisz. Udziec z byka się należy.
- Co? - zapytał zdziwiony Gerard.
- Mięso. Zapłata za poradę. Nie pracuje się za darmo.
- Za jaką poradę? - Gepard był coraz bardziej zdziwiony.
- Dzięki mnie dowiedziałeś się, że wolisz żyć własnym życiem, to bezcenna wiedza. A ja chce od ciebie tylko zwykły udziec.
- Nie ma mowy, nie wiedziałem, że będę musiał płacić, zresztą ja nie chciałem żadnej porady, a poza tym nie nie nosze ze sobą takiej gotówki.
- Jest możliwość płacenia na raty – zasugerowała krokodylica.
- Wypchaj się stara zębaczko! Nie chciałem żadnych rad. To ty próbowałaś mi wmówić, że mam jakieś problemy. I teraz chcesz mięsa. To jakieś kpiny. Nie będę nic płacić.
Gerard stał i skierował się do wyjścia z nory.
- A tak w ogóle – rzucił Marysi na odchodnego - to śmierdzi ci z pyska. I to informacje masz gratis.
Kiedy wyszedł z nory oznajmił wszystkim, że to szarlatanka, że nic nie wie, że karze sobie płacić i że ma resztki jedzenia między zębami. Po czym zaczął rozglądać się za swoim kompanem. Od pewnej lwicy dowiedział się, że sęp siedzi właśnie w gabinecie węzą długiego.

sobota, 19 stycznia 2013

Święta w Akyrfie ( odc. 10)


Rozdział 9

Chciał zabić Mikołaja. Naprawdę chciał, nie wiedział tylko jak. Może powyrywać mu wszystkie członki, a jego głowę wziąć sobie za trofeum. Może skręcić kark, a może rozpruć bebechy, a jego wnętrzności podłożyć dzieciom pod choinkę. Obol nie mógł się zdecydować. Zabicie Świętego Mikołaja, to było coś wyjątkowego, a chciał,żeby to było coś niezapomnianego i spektakularnego. Nie było to jednak takie proste.
Po pierwsze jego zleceniodawca chciał, żeby to wyglądało na wypadek, co już stanowiło pewną trudność. Jak zrobić, żeby wyglądało to na przypadkowe i równocześnie było ładne?
Po drugie jak w ogóle dorwać się do Mikołaja. 24 Grudnia cały czas był w trasie i przemieszczał się on bardzo szybko w tych swoich saniach. Nie wiadomo było gdzie się zjawi, nie można było się więc na niego zaczaić. A Obol musiał mięć pewność, że Mikołaj go nie wystawi. Bardzo nie lubił jak ofiary utrudniały swoją śmierć, szczególnie kiedy się ukrywały, albo nie pojawiały się tam, gdzie powinny się pojawić. To, że się bronią można było jeszcze jakoś znieść. Generalnie lubił jak jego cele współpracowały dając się łatwo zabić.
Jego przemyślenia przerwał jeden z sześciu braci.
- Nie przeszkadzam Mistrzu?
Obol z góry założył, że to Nasram. Zawsze Nasram był tym, który najbardziej go denerwował.
- Przeszkadzasz. Właśnie knuje. Knucie wymaga skupienia.
- Przepraszam Mistrzu, chłopaki chcą wiedzieć kiedy dorwiemy Mikołaja?
- Jak tylko wyknuje jak to zrobić.
- Mogę z Mistrzem?
Obol zerknął spode łba. Jego zdolność pojmowania nie obejmowała wspólnego knucia. Zakładał też, że coś takiego musi być bardzo irytujące. W jego oczach pojawiły się jednak iskierki zainteresowania.
- Możesz. - Łaskawie się zgodził.
Skrzat przysiadł obok swojego mentora.
- To jak knujemy?
- Skutecznie. - Obol zakładał, że wszystko trzeba robić skutecznie. - Nie wiem jeszcze jak, ale coś będę wiedzieć.
- Jeśli mogę coś zasugerować, to co jest konkretnie tematem knucia?
- No ta, śmierć Mikołaja. Ma być ładna i taka, żeby wyglądała na wypadek.
- Co to znaczy ładna?
- Taka, żeby mi się podobała.
- Czyli, żeby miała jakąś wartość artystyczną?
- Arty co? Skrzacie, ma być taka, ze powiem sobie: o ja pitole, jaki jestem fajny... Taka właśnie ma być.
- To może podłożyć pod jego sanie bombę, będzie wielkie bum, a on wysadzi się gdzieś nie wiadomo gdzie i słuch po nim zaginie.
- A gdzie w ogóle on trzyma te sanie?
- Pracowaliśmy dla niego, wiemy gdzie to jest.
- A jak tam się dostać?
- Nietrudno, jeśli ma się sanie. Fabryka Mikołaja jest ukryta wśród pagórków, więc niełatwo ją znaleźć jeśli się nie wie gdzie szukać. My wiemy. Dotrzemy na miejsce, ominiemy straże, wkradniemy się do fabryki, podłożymy bombę, nadpiłujemy płozy, albo załatwimy Mikołaja podczas snu. Cokolwiek. Efekt będzie taki, że to będą jego ostanie święta. - Tu skrzat zaczął się diabolicznie śmiać.
- Doskonały plan, - przerwał mu Obol - ale wart tyle co zeszłoroczne słońce. Nic. To jest twój plan, a wiesz mniej niż ja , bo ja jestem Obolem, a ty tylko Nasramem, więc nie może być dobry.
- Nazywam się Posram, Mistrzu.
- Nieważne. To jest zły plan.
- Tak jest mistrzu.
Obol ciągle knuł , knuł, knuł i nic nie mógł wymyślić.

wtorek, 18 grudnia 2012

Nawiedzony pub odcinek 3

-->
W toalecie czekali już Sushina, ksiądz i Różowy, który malował coś sprayem po beżowej ścianie. Na pisuarach i muszlach klozetowych były widoczne świeże napisy zrobione markerem: ,,Sikaj zdrów”, ,, Różowy pozdrawia” i ,, Wejdź se” a obok adres strony Pana Koloru Świni. Na przeciwległej ścianie była zawieszona ogromna plazma.
- Co co co co to ma być?! - Krzyknął Krzyś na widok malunku Różowego na ścianach, oraz prawdopodobnie tego co pojawiło się na sprzęcie toaletowym.
- No, Sowa – odpowiedział tamten.
- Przecież ci mówiłem,że to maja być magiczne znaki, kretynie. Są konieczne do egzorcyzmów.
- No i są.
- Co?! Gdzie ty wi wi widzisz magiczne zzzz... znaki?
- O tu. Jak się przyjrzysz to widać je w odbiciu oczy sowy. Zajebiste, prawda? - Powiedział z dumą artysta.
Krzyś tylko kiwnął głową. Widocznie nie miał sil się kłócić. Znaki były, a że trochę mniejsze niż oczekiwał, to … Trudno.
Zauważyłem, że obok muszli był odtwarzacz DVD podłączony do plazmy. Krzyś uruchomił go i na ekranie pojawiła się relacja z Camp Nou. Mecz między FC Barcelona a Realem Madryt, a z głośników wydobył się głos Dariusza Szpakowskeigo zapowiadającego widowisko.
- Mecz? - Spytałem. - Egzorcyzmy to oglądanie meczu?
- Tak - wyjaśniła Sushina.
- Acha – udałem, że wszystko rozumiem.
- Widzisz, duchy nękające ten pub to kibole. Przy przeprowadzaniu duchów na tamten świat ważny jest ich komfort psychiczny. Chcemy, żeby się poczuły jak u siebie w domu. Staramy się im tu stworzyć warunki jak najbardziej zbliżone do naturalnych, dlatego puszczamy im mecz. Niedługo pewnie zadzwonimy policje, żeby było tu jak najwięcej znanych im elementów.
- Ale po co chcecie im stwarzać tu dobre warunki, przecież jak będzie im tu dobrze to zechcą zostać, a wy przecież chcecie je wypędzić.
- Nie mów tak. Duchy są wrażliwe. Chcemy im umożliwić przejście do lepszego świata. Jeżeli, nie będą się tu czuły dobrze to w ogóle, nie będą chciały rozmawiać. A tak to na pewno nie uda się im ich namówić, żeby sobie poszły.
- A dlaczego puszczacie im mecz ligi hiszpańskiej, a nie polskiej?
- Liga polska jest do dupy – burknął Różowy. - Żal oglądać..
Mecz się zaczął. Nie działo się nic, co by przypominało jakiekolwiek egzorcyzmy, czy nawet probe podjęcia jakiegokolwiek kontaktu z duchami. Po prostu staliśmy i gapiliśmy się jak banda najsłynniejszych piłkarzy świata gania za piłką.
Sushina biegła w różnych dziwnych tematach wykazywała się ogromną ignorancją w kwestii piłki nożnej. Pytając o oczywiste rzeczy, albo co gorsze wyrażając swój entuzjazm dlatego co działo się na boisku. Jej OCHY i ACHY zaburzały nam przyjemność oglądania, ale mimo wszystko dodawały uroku. ,, Ale kopnął!”, ,, Ale podciął”, ,, Który to sędzia?”,, A jak strzeli to będzie bramka?”, ,,Dlaczego nie strzelił?! Głupi czy co?'. Trzeba jej był tłumaczyć, że piłkarze nie mogą założyć ładniejszych skarpetek , bo takie maja barwy klubowe, co się stanie jeżeli ten mały łaciaty przedmiot nazywany piłką nie trafi do bramki i inne takie ciekawostki. I tak jakoś minęła pierwsza połowa zakończona bezbramkowym remisem.
W czasie przerwy leciała analiza pierwszej polowy i fura reklam. Jedna szczególnie się spodobała Krzysiowi. Była to firma produkująca muszle klozetowe. Nazywała się zwieracze i miała slogan reklamowy, który kojarzył mi się ze sloganem Różowego.- Zwieracze robi sracze – a niżej był dopisek: solidna robota.
W czasie drugiej połowy coś się rozpoczęło dziać i to nie tylko na meczu ale i w toalecie. Światła zaczęły pulsować, coraz to, zapalając się to gasnąć. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, a mnie po plecach przeszedł zimny dreszcz. Krzyś i Sushina wydawali się nieporuszeni, tylko ksiądz i Różowy wydawali się być lekko zaniepokojeni.
- Nadchodzą – szepnęła uroczyście Sushina.
Ksiądz wyciągnął różaniec, i zaczął mówić jakaś litanie po łacinie. Nie przytoczę tego co on tam mamrotał. Nigdy nie byłem mocny w łacinie.
- Real wygra - usłyszeliśmy nagle czyjś nieprzyjemny głos wydobywający się jakby z podziemi.
- Barcelona wygra, tępy chuju. Messi, gola! - odpowiedział mu drugi.
- Ja chuju?! To ty chuju, chuju...
Byliśmy właśnie świadkami kłótni dwóch duchów sprzeczających się o to, który zespól jest lepszy i tego, który z nich jest tępym chujem.
Nie padały żadne racjonalne argumenty i nikt nie mógł wygrać w tej dyskusji, więc z czasem padały coraz ostrzejsze wyzwiska, których nie warto tu powtarzać.
Staliśmy tak wszyscy bez ruchu i słowa nasłuchując tej dziwacznej kłótni,. Nikt z nas nie śmiał jej przerwać, ani w ogóle się odezwać.
- Ty, z tymi ciemnymi pinglami! Za kim jesteś? - Zwrócił się głos, prawdopodobnie do mnie.
Świetnie. Nie dość, że zostałem w to wszystko wplątany jako bierny obserwator, to teraz musiałem brać w tym jeszcze aktywny udział. Nawet normalnie w tego typu sytuacjach, człowiek zastanawia się dwa razy nad odpowiedzią, bo zła równa się w pierdol. A ja zastanawiałem się właśnie czy można dostać wpierdol od ducha. Pewnie niejedną rozprawę filozoficzną napisano już na ten temat, nagle zacząłem żałować, że nigdy nie interesowałem się filozofią. Zacząłem też żałować, że się w ogóle ruszałem z domu. Wszystko przez to, że nowych znajomości mi się zachciało. Co za zgubny nałóg.
- Ty! Mówię do ciebie - niecierpliwił się głos.
I co ja niby miałem mu odpowiedzieć? Może to.
- Nie interesuje się piłka nożną.
I to był chyba błąd. Wpierw zaległa nas grobowa cisza. Potem głos odezwał takim tonem, jakby właśnie runął cały jego światopogląd.
- Jak to nie interesujesz się piłka nożna? - przy czym to ,,piłką nożną” zostało wypowiedziane niemal z nabożna czcią.
- Wole football – odpowiedziałem.
Znowu nastała chwila ciszy, w której powiało grozą, którą przerwał dziwny odgłos.
- Chjo, Chjo, Chjo. Dowcipniś z ciebie.
Dopiero po chwili się zorientowałem, że ten odgłos to śmiech.
Fajnie, pomyślałem. Nie codziennie udaje się rozbawić ducha.
- A jaka jest twoja ulubiona drużyna?
- Ta z najfajniejszym logiem.
- A ulubiony zawodnik?
- Ten z najładniejszymi korkami.
Nie byłem wstanie wymyślić nic kreatywnego, więc plotłem to co mi przychodziło do głowy. Wyglądało jednak na to, że to wystarczyło. Jak się okazało wypowiedzi nie musiały być bardzo błyskotliwe, żeby rozbawić ducha, wystarczyło po prostu, że były dość dobre, albo, że w ogóle były.
Z opresji wybawił mnie okrzyk Szpakowskiego, który podniecał się nieudanym strzałem Ronaldo. - Och, jak mało brakowało!
Głos przestał się już mną interesować i wraz z kumplem zaczęli śpiewać piłkarskie przyśpiewki. Wiele z nich mówiło o zniszczeniu wrogów klubu, wypruciu im bebechów , powieszeniu za jaja i wierności klubowi aż po grób. Zastanawiało mnie dlaczego te duchy ciągle czuły się zobowiązane dotrzymywać tej wierności, skoro grobowa deskę dawno miały już za sobą i dlaczego ciągle przywiązują wage do właściwie tak mało istotnej rzeczy jak zwycięstwo swojej drużyny, na dodatek w jakimś archiwalnym nagraniu. Niemniej jednak tak było, im bliżej końca tym duchy emocjonowały się coraz bardziej, a wynik był ciągle niezmieniony.
Sushina dała znak księdzu, po którym wyciągnął Krzyż do góry i zaczął mamrotać modlitwę mającą pomoc duchom w przejściu na drugą stronę. W sumie nie wiadomo po co, duchy w ogóle na to nie reagowały, nic nie było ich w stanie odciągnąć od tego co działo się na ekranie. Do końca meczu zostały 2 minuty. Przez cały ten czas ksiądz modlił się gorąco. Mecz przedłużono o dalsze 3 minuty, Wielebny nie przerywał modłów. A im bardziej nic to nie dawało z tym większa większym żarem się modlił. W końcu gdy mecz się skończył remisem, Sushina zwróciła się do duchów z uprzejma prośba, żeby przestały już nawiedzać pub. I ku naszemu zaskoczeniu duchy uprzejmie się zgodziły. Wszyscy gapiliśmy się na nią z głupim wyrazem twarzy, za wyjątkiem księdza, który teraz modlił się w podzięce za to , że jego modły zostały wysłuchane.
- No co- zdziwiła się Sushina – Kiedy wszystko inne zawodzi, może warto skorzystać z najprostszych środków i po prostu poprosić. Jest przecież napisane: „Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna”. (J. 16, 24)
- Jest też napisane „I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie”.
(Mt. 21, 22)- dodał ksiądz.. - I to moja modlitwa sprawiła, że duchy odeszły.
- Trochę to trwało – zauważyłem.
- Pan poddawał nas próbie. Gdyby jednak nie szczera modlitwa, żadne prośby by nie pomogły.
- Ja jednak jestem przekonana, że to moja prośba sprawiła.- upomniała się o swoje Suhina.
- To dzięki mojej modlitwie ta prośba została wysłuchana. To Pan nasz sprawił, że te dusze doznały zbawienia. „Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie,
że otrzymacie”. (Mk. 11, 24)
- rzucił ksiądz kolejnym fragmentem Pisma Świętego.
- Uprzejmością można więcej zdziałać niż zabobonami – upierała się Sushina.
-To nie zabobony, to jedyna i słuszna wiara – kłócił się ksiądz.
Rozpoczynała się kolejna kłótnia. Żadne z nich nie chciał spasować.
- Widocznie wszyscy wierzą w to co chcą wierzyć, a nikt nie wie jaka jest prawda - mruknąłem właściwie do siebie i wyszedłem z kibla. Krzyś jednak pobiegł za mną i chwycił z tyłu za ramie.
- Poczekaj!
Odwróciłem się. Gdybym wiedział co mnie czeka to pewnie bym tego nie robił. A może bym zrobił, sam już nie wiem. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Wszystko jest też lepsze od wysłuchiwania kłótni, której nie można wygrać. Zresztą nawet gdybym się nie odwrócił i tak pewnie niewiele by to dało. Wampir Krzyś się na mnie uwziął, z racji jego wampirzystwa niewiele mogłem zrobić. Odbyłem z nim krótka pogawędkę, która właściwie była jego monologiem.
Słuchając jego słów rejestrowałem równocześnie rozmowę, która odbywała się obok. Jakiś facet chwalił się, że w latach siedemdziesiątych nawalił się z kumplami, wsiedli do syrenki, jeździli sobie i trąbili a przy tym fajnie się bawili .
I teraz spójrz na tego gościa. Wiekowy facet, a ciągle żyje tym, że czterdzieści lat temu popierdalał napierdolony Syrenką po leśnej drodze. Tyle lat minęło, a on ciągle tym żyje. Spójrz na tych wszystkich ludzi. Przychodzą do tamtego pubu dzień w dzień. Kończą prace i idą do Speluny, jakby nie mieli innego życia. I pewnie nie mają. Żyją jakby we śnie pozwalając, by życie przeciekło im przez palce. A kiedy się obudzą za trzydzieści lat z marskością wątroby, otępiałym przez alkohol umysłem, będzie już za późno. Zauważą, ze przepili swoje życie. Widzisz, ja już nie mam tego problemu. Do tego sprowadza się ta cała opowieść, która jest odpowiedzią na twoje pytanie – dlaczego mam takie wielkie zęby? Ludzie zawsze chcieli być nieśmiertelni. Nie wiem, czy chcą żyć wiecznie ze strachu przed śmiercią, czy tez może chcą trochę zwolnić. Nie spieszyć się tak. Podarowano mi życie wieczne. Ja już nie muszę się spieszyć. Dlatego mogę sobie pozwolić na pitolenie przez godzinę w odpowiedzi na twoje pytanie. Nie jestem żywy, więc nie mogę umrzeć, ale nie jestem też martwy. Krzyś zrobił ze mnie wampira. I mam ochotę na twoją szyje.
Może cie interesuje dlaczego wampir postanowił, ze będzie właścicielem pubu. Na co mu to. Widzisz, wampirom grozi przewampirzenie. Osoba ugryziona przez wampira sama nim się staje. Niedługo może być więcej ludzi niż wampirów. A my musimy przecież z czegoś żyć. Niedługo może zabraknąć nam ludzi. I co wtedy? Wyginiemy z głodu. Musimy, więc ograniczyć spożycie. Krzyś wpadł na pomysł jak poskromić swój głód. Wymyślił sobie, ze jak będzie pil krew skażoną alkoholem, to potem będzie miał takiego kaca, że przez jakiś czas na sama myśl o piciu zrobi mu się niedobrze. W jego przypadku działa świetnie, je dwa razy rzadziej. Dlatego założył pub, traktuje to jak swoją spiżarnie. I raz na jakiś czas wtramoli sobie jakiegoś klienta. Akurat tym razem padło na mnie.
I zobacz jak ja nisko upadłem. Rozmawiam z jedzeniem. Jesteś moja pierwszą krewką i sobie pomyślałem, że byłoby ci milo jeśli będziesz wiedziała jak doszło do tego, że jutrzejszej nocy będziesz mieć ochotę napić się krwi. I nie rób takiej przerażone miny, to tylko wygląda tak strasznie jak to pokazują na filmach. A przecież to tylko lekkie ukłucie.

䑏㹙㰊䠯䵔㹌

wtorek, 21 sierpnia 2012

Nawiedzony pub ( odc.2)


Powiedziano mi, ze drzwi są zamknięte do rana, a do tego czasu mam zamknąć ryja, nie smucić, dobrze się bawić, bo jest zajebista muzyka i nie ma gadania, i że mam sobie kupić drinka.
Fakt, muzyka była zajebista – punk rock,. którego osobiście nie znoszę, bo za bardzo drą ryja.
Co miałem robić. Poszedłem do baru. Sushina zasugerowała mi wcześniej, żeby już więcej nie pić, więc wziąłem się na sposób. Zamówiłem kakao; duże, z pianką. Takie jakie robiła mi babcia.
Kogut wpierw spojrzała na mnie jak na wariata, potem pokręciła głową, po czym przyniosła zamówienie i już szykowała się, żeby dolać tam wódki, ale zasłoniłem kufel ręką. Pierwsza zasada; zawsze pilnuj swojego kieliszka, nigdy nie wiadomo co mogą ci tam dosypać. Swoją drogą to było orginalne, żeby podawać kakao w kuflu, dziwna sprawa, ze w ogóle to mieli. Kogut powiedziała, że to chwyt marketingowy, żeby zachęcać klientów do kupowania alkoholu. Ciekawe, ze nie wpadli na pomysł, że można sprzedawać tylko alkohol.
Minąłem grupkę przy barze, gdzie jeden facet zwrócił moją uwagę. Stał nieruchomo jak manekin, trzymając kufel na wysokości piersi, z jego ust wystawała słomka, która stanowiła łącznik pomiędzy nim, a piwem. Kiedy inni żywo gestykulowali on pozostawał w bezruchu.
Było już dobrze po 22 więc postanowiłem się udać na striptiz. Nie miałem ochoty się już stykać z Krzysiem, który uważał się za wampira, był dość niesympatyczny, a poza tym rozmowa z nim zajmowała stanowczo za dużo czasu.
Ciekawiło mnie co on takiego zrobił, że ten ksiądz mu uwierzył. To pewnie dla świętego spokoju tylko udawał, że wierzy. W chrześcijaństwie wiara w takie rzeczy jest przecież zabroniona, a już na pewno nie wolno jej praktykować. Z drugiej jednak strony w tym klubie barmanka kazała do siebie mówić Kogut. jakiś żul Wielbłąd jarał się innymi pijaczkami o kretyńskich ksywach, faceci wrzucali 200 złotych do klozetu, dwa trupy nie przeżyły, będąca w świetniej formie Sushina była martwa od piątku, a o 12 w nocy duchy śpiewały o Legii. Co w tym dziwnego, że szef, który nie lubi trzeźwych i gada o smaku Ketaminy uważa się za wampira, a właściwie Wawampira?
W trzeciej sali striptizerki w najlepsze rozgrzały już publiczność do czerwoności, za wyjątkiem pewnego młodzieńca. który siedział samotnie przy stoliku nie zwracając uwagi na to się dzieje naokoło.
Młodzian miał na sobie różowy t-shirt z niebieskim słoniem, różowe spodenki i buty pomalowane w fantazyjne wzory, a na głowie wysokiego na około pól metra, postawionego żelem irokeza. Prawdopodobnie musiał się schylać gdy przekraczał próg.
Jego uwaga skupiona była na stole, po którym coś bazgrał markerem, na stole leżał blok rysunkowy wypełniony już w całości jakimiś dziwadłami z wielkimi oczami. Spytałem czy mogę się dosiąść.
- Noo – odpowiedział nie przerywając swojego zajęcia.
Dosiadłem się i spytałem co robi. Dopiero teraz młodzian przerwał na moment i spojrzał na mnie.
- Sowę? - W tym jednym wyrazie, jak się potem okazało, zawierała się zarówno odpowiedź na moje pytanie, jak i jego zapytanie czy sobie takową życzę.
- Słucham?
Młodzian bez słowa podał mi kartkę papieru, na której było niedbale napisane kredkami.

                             RóżowyRobiSowy

                                          
                           Sowę zrobię:

                                            - na zamówienie, zlecenie, a nawet dekoracje
                                          - na każdym rodzaju nawierzchni
                           - w każdym kolorze, pod  
warunkiem, że jest różowy!!! ale mogą być też inne


 Sowę sprzedam

- namalowaną przeze mnie!!!



PROMOCJA!


- dwie sowy i trzecia w cenie trzech


Super promocja!!

- do każdej sowy daje autograf 
  
   ( mój własny) 

 
                                         Różowy zaprasza na SOWY
  
 

Rozstawienie na kartce było koszmarne i raczej odrzucało, niz zachecało, ale za to miało fajne kolorki.
A więc to był ten słynny Różowy, co robi sowy. Widziałem jego wrzuty na szyldach sklepów, na. murach czy też na ścianach przeznaczpnych na grafiti. Była to zazwyczaj sowa, albo ,, RóżowyRobiSowy", ,,RRS ", lub też napis na pustej przetrzeni: TU BĘDZIE SOWA RÓŻOWEGO. NIE RUSZAĆ!!. Facet zaklepywał sobie teren, wygryzając konkurencje, której właściwie nie miał. Nikt inny nie malował sów na taka skale.. To znaczy to, co on malował, to podobno były te ptaki, ale tylko on był o tym przekonany. Z reguły inni widzieli w tym zupełnie coś innego, co bardzo denerwowało artystę. Do klasyku należała już opowieść, jak to Różówy zagrał na jednym kocercie z Hujas w Cipas. Zespól generalnie śpiewał piosenki o miłośći, a idea polagała na tym, że Pan koloru świni( tak nazywal sie profil Różowego na facebooku) malowal w tym czasie na ścianie to, co zespól śpiewał. Przy czym on uważał, że zespół śpiewa o sowach. Nie było to pozbawione sensu gdyż muzycy nagrali utwór specjalnie na to okazje – Sowy się kochają. Nie wyszło to jednak tak jak powinno, ponieważ malarz tak sie schlał z zepołem przed koncertem, że nie był wstanie utrzymac pędzla, a zespól zapomniał słów piosenek, wiec wyszła jedna wielka improwizacja. Publicznośc jednak i tak była zadowolona. Lider zespołu – Doktor Giry słynał z tego, że w każdym zespole, z którym występował, picie przed koncertem i rausz na scenie było na porządku dziennym. Występował łącznie w podajże w 99 zespołach, więc właściwie cały rok był w trasie w którymś z nich. Między koncertami dorabiał jako barman, więc alkoholu nigdy nie brakło. Z reguły brali w trase 3 cięzarówki; jedna ze sprzetem muzycznym i dwie ze skrzynkami browarów.
Po tamtym koncercie Rózowy dostał propozycje zrobienia okładki dla zespołu ,, Parówa", ale uznał, ze to przerasta jego kompetncje, Według niego narysowanie parówki było zbyt trudne.
Dowiedziałem sie o Panu koloru świni kiedy sciagałem film z neta pt: ,,Planeta Cipuszka", okazało sie, ze to był filmik pokazujacy jak Różowy maluje Sowe w nocy przed posterunkiem policji. Po filmie był link do jego facebooka, gdzie pieczołowicie opisywał co u niego się dzieje.
Mówiąc krótko – to był pojeb. Jak większość w tym pubie.
Nagle zauważyłem, że do kakao wpadają mi jakieś krople z sufitu. Nadstawiłem palec, po czym posmakowałem tego co spadło. Spirytus. Spojrzałem w górę i zobaczyłem Koguta, która siedziała na jakiejś grzędzie 3 metry nade mną. W ręku miała strzykawkę ze spirytusem, z której spuszczała krople do mojego kufla. Zerwałem się na równe nogi
-Co robisz?! Jak tam wlazłaś?! - Krzyknąłem.
- Nie zamówiłeś alkoholu. Jako barmani mamy obowiązek dolewać go klientom, którzy go nie piją. Nad całym pubem pod sufitem są porozmieszczane te bale. Przesuwamy się an nich nad klienta i stąd mu dolewamy. To jest nasz system na abstynentów.
- A jak stąd zejdziesz? - Bądź co bądź była dość wysoko.
- Chwileczkę – wyjęła krótkofalówkę. - Kogut do Dużej, Kogut do Dużej. Jestem na C4. Zdejmij mnie.
Po chwili ze powierzchnia mojego kakaa zaczyna drzeć jak woda w filmie Jurassic Park, kiedy zjawiał się Tyranozaur. Z piwem Różowego działo się to samo. Po chwili poczuliśmy rytmiczne wstrząsy ziemi, z każdą chwilą coraz wyraźniejsze. Coś się zbliżało, i to coś dużego. To coś to była Buka z Muminków.
Tak przynajmniej pomyślałem na pierwszy rzut oka, bo to była kobieta, to chyba była kobieta, ale bardziej przypominała mi Bukę. Miała na sobie fioletowa koszulkę z jej twarzą, a ponieważ była ona jakieś dwa metry nad ziemia, myślałem,że to prawdziwa głowa. Twarz jej był jednak dalsze pół metra wyżej. Ta kobieta była ogromna i tłusta. Wyglądała jak trzymetrowy worek na kartofle w stroju buki.
Ten widok zainspirował mnie do prawdziwej twórczości.

Podeszła do nas lokomotywa.
Ciężka ogromna i pot z niej spływa-
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie i dyszy i dmucha
A fetor z rozpasionego jej pyska mi chucha
gdzie tylko spojrzę, to tłuszcz się wylewa,
a jeśli kichnie to będzie ulewa,
Jest tak wielka, ze ledwo mieści się w drzwi
nikt z obecnych jdnak jej nie drwi,
Lecz choćby przyszło tysiąc atletów,
i każdy zjadłby tysiąc kotletów,
i każdy nie wiem jak się natężał
to by jej nie ruszył - taki to ciężar
Wichura z jej płuc te stoły rozniesie,
nic tu nie pomogą żadni kolesie.
I stoi już obok, pozdrawia mnie gestem
Wyciąga rękę, mówi – Duża jestem
Żarła dużo bo tak się roztyła,
muszę to przyznać – mała nie była
i patrzy tak na mnie, a w gardle ja ssie
i mówi basowo – napiłabym się
I drepce nerwowo, obcasami stuka,
nastawwia karku i bierze Koguta
A ta lekko, zwinie niczym linoskoczek
Siada jej na barana, wpierw robiąc kroczek

Najpierw powoli jak żółw ociężale,
Ruszyła z kogutem na karku ospale
Szarpnęła swe nogi i dźwiga z mozołem
koguta - kobietę, co mle jej jęzorem
do biegu pośpiesza ją, by gnąc coraz prędzej
prędkości, prędkości, prędkości chce więcej
A dokąd, a dokąd, a dokąd tak gna
Do baru. do baru, co sił ile się da
A na co, a na co, a na co ten ruch?
Bo suszy, bo suszy bo suszy za dwóch,
To Duża, to ona, to jej pic się chce
do piwopoju, jak dotrzeć tam wie
By wziąć sobie kufel i wlać tam browara,
tak bardzo, tak bardzo, tak bardzo się stara
I biegną przez sale tratując tam ludzi
Do baru, bo piwo, pragnienie ostudzi,
i bierze i wlewa i chla to jak smok,
a w okól nich już zbiera się tłok,
a patrzą, a mówię i tak komentują,
że barmani pracują, a jednak się trują
i pije, i chlepce i rośnie jej brzuch
To pragnienie alkoholowe wprawiło to w ruch
to całą machinę co browar sprzedaje,
pracownicy pija to co zostaje,
zauważyłem to,a trochę już żyje
że od piwa nie zawsze, lecz często się tyje

No dobra nie było to może najwyższych lotów, ale skojarzyło mi się z lokomotywą Brzechwy. Ta Buko podobna Duża to była prawdziwa lokomotywa.
Pytającym wzrokiem spojrzałem na Różowego.
- Duża, ochroniarz – odpowiadał monosylabicznie.
- Słyszałem, że wypuszcza nas dopiero rano – zagaiłem.
- Taaa, wypuszczą nas jak Kogut zapieje.
Więc takie były tu zwyczaje. Pub otwierali nad ranem w momencie gdy barmanka zapieje. Może dlatego nazywała się Kogut. Swoją drogą, chciałem to zobaczyć.
Do naszego stolika przysiadł się wytatuowany facet w puchatej czapce z ochraniaczami na policzki.
- Ogólne cześć. Fajne dziewczynki, co? Różowy, wydziargaj mi na pośladzie sowę jak siedzi w betoniarce. Hej, dziś będzie odczynianie uroków. Kibice Legii się zmartwią, a Bóg nie lubi murzynów. I słuchaj, chce żeby ta sowa miała ząbki. A potem zrobimy mi sesje zdjęciową. Będę w kiblu, gdzie …
Ten typ mówił bardzo szybko i chaotycznie. Przeskakiwał z tematu na temat. A to opowiedział jakiś dowcip, a chwile potem jak był marynarzem i prawie utopił się misce na kapustę. Potem z tego przeskoczył na tematy artystyczne, a potem znowu opowiedział dowcip, by zaraz potem nawiązać do sów Różowego, z czego przeskoczył do opowieści jak lewitował w beczce nad wodospadem Niagara z czego płynnie nawiązał do tematu swojej czapki, którą dostał od słynnego greckiego filozofa w podzięce za uratowanie życia kiedy ten rozbił się samolotem o autobus pijanych zakonnic jadących na Woodstock.
Innymi słowy od jego paplaniny dość szybko rozbolała mnie głowa.
- Poczekaj, czym ty się właściwe zajmujesz? - Spytałem.
Gość poczerwieniał na twarzy, na oczach wyszły mu naczynka krwionośne i szał.
- Jak to czym! Ty uważaj sobie! Czy ty wiesz kto ja jestem?
- No właśnie nie wiem i dlatego pytam.
- Jakbyś wiedział, to inaczej byś śpiewał Ja jestem Ryś, jeszcze mnie popamiętasz.
- Acha – wziąłem komórkę, wszedłem do internetu i wpisałem w wyszukiwarce Ryś. Pomyślałem,że jak to ktoś znany to powinno wyskoczyć jakieś linki. To co znalazłem zacząłem czytać na głos:
,,Ryś, -gatunek lądowego ssaka drapieżnego z rodziny kotowatych, największy z rysi (Lynx). Występuje w Europie i Azji. Poza kotem domowym, ryś i żbik są jedynymi występującymi w Polsce przedstawicielami kotowatych. W Polsce jest gatunkiem rzadkim i chronionym. ( teraz już wiem czemu był taki ważny)
- co ty Pieprzysz – zdenerwował się Ryś.
- Robię teraz wystawę – przerwał nam Różowy – nie wiem jeszcze czemu będzie poświęcona, ale to będą sowy na wrestlingu. Jaram się, jaram się bardzo. Wczoraj Small Show bił się DC Pijakiem i DC Pijak zrobił mu saplexa, ale przedtem zaczął napiepszać go kuflem. O tak.
Różowy wziął swój kufel i zaczął naparzać Rysia po głowie. Ten zasłonił się rękami i odskoczył nie pozostał mu dłużny, bo wziął krzesło i zaczął robić to samo, Różowy odrzucił kufel zbijając go i rzucił się na swojego przeciwnika. Zaczęli się kotłować na podłodze. Ani Duża, ani nikt inny z ochrony, czy w ogóle ktokolwiek nie zareagował. Wyglądało to tak jakby to na było na porządku dziennym, właściwie nocnym.
Różowy wygiął mu rękę pod dziwnym kątem i założył dźwignie. Ryś bezskutecznie próbował się wyrwać, ale w końcu dał za wygraną i wolną ręką pokazał, że się poddaje. Zwycięzca zdarł z niego koszule, wyciągnął markera z kieszeni i zaczął mu rysować na plecach sowę.
Zdążyłem już zauważyć, że on rysuje te swoje sowy wszędzie gdzie się da, czemu więc nie na plecach pokonanych rywali. Może dlatego wszczął to bójkę, chciał sobie porysować, a przy okazji zrobić reklamę. Ale to jeszcze nie był koniec. Pan koloru świni podniósł się i zaczął wykonywać dziwaczny taniec w okół leżącego Rysia. Przypominał trochę indyka podczas godów.
Zrozumiałem,że nici z pogawędki, więc wróciłem do baru. Był przy nim ten sam facet co wcześniej stał jak manekin. Przez ten czas ani nie ruszył się z miejsca, ani nie zmienił pozy. Różnica była tylko taka, ze teraz był sam i spokojnie sączył piwo przez rurkę. Był z ty trunkiem jakby zespolony.
Kogut powiedziała, że to Bronisław Spokojny. Stały klient, który właściwie robi tu za dekoracje. Przychodził do knajpy noc w noc. Zawsze zamawiał piwo i stawał w tym samym miejscu i w tej samej pozycji. Sączył je przez słomkę, a kiedy mus ie kończyło, któryś z barmanów mu dolewał i cały proces zaczynał się od początku. Stał tak przez jakieś 4, 5 godzin, niekiedy do samego rana, po czym nagle ożywał, podchodził do baru, uiszczał rachunek i wychodził. Właściwie z nikim nie rozmawiał, przychodził, stał jak slup i chlał a potem nawalony wracał do domu. Nie mi było o tym dyskutować, każdy ma swój sposób na życie.
- Napijesz się z papugą? - Usłyszałem obok siebie czyjś głos.
No tak, powinienem już się chyba przyzwyczaić do głupich pytań.
Dla odmiany tym razem zaczepił mnie dobrze ubrany facet przed czterdziestką, pod krawatem i ze złotym Rolexem na ręku i złotymi sygnetami na palcach.
- Dlaczego nie – odpowiedziałem.
- O, dziękuje. Wreszcie ktoś, kto nie ma klapek na oczach. Ludzie jak słyszą czym się zajmuje, to wolą się trzymać z daleka. Jestem adwokatem, wiesz mówią na nas papugi.
- No wiem. Myślałem, że wręcz odwrotnie. Zawsze się przyda jakiś prawnik w rodzinnie. A poza tym to chyba zawód, który cieszy się powszechnym szacunkiem.
- Gdzie tam. Ludzie nas nie lubią, bo żerujemy na ludzkim nieszczęściu. Klienci się do nas zgłaszają w sytuacjach trudnych i często wstydliwych. Weźmy sobie sprawę rozwodową. Klienci przelewają swoje prywatne brudy an prawnika. A jeśli, żona mówi o sprawach intymnych przed sądem, to my wtedy jesteśmy za to obwiniani. Jeśli bronisz mordercy i wygrasz sprawę, to oczywiście masz szacunek w branży, ale cierpi potem twoje sumienie. Wiesz, ze ten człowiek to potwór i nieraz sam masz ochotę go zastrzelić, a to by było nieprofesjonalne. W sądzie musisz go przedstawić w jak najlepszym świetle. Jaki to biedny i pokrzywdzony przez los człowiek, który po prostu się bronił, albo w najgorszym razie niepoczytalny. Wykorzystujesz każdą lukę prawną jako tylko znasz, psychologie czy wręcz manipulacje. Ludzie mają nas potem za zawodowych kłamców.
A kobiety umawiają się ze mną i tak tylko dla pieniędzy.
- Czemu sądzisz, ze tylko dla pieniędzy? - Ciekawa zmiana tematu swoją drogą.
- Bo gdy im mówię, czym się zajmuje, to tylko udają, ze je to interesuje, za to bardzo chętnie, biorą ode mnie drinki, gdy im postawie.
- Skoro sam im proponujesz.
- Kiedy ja chce, żeby ktoś się ze mną napił! Napijesz się z papugą? Ja stawiam.
- No jasne.
- A kiedy już mnie oblukają, jakie mam drogie ubranie, zegarek, wypasioną komórkę i kart kredytowe w portfelu, to z reguły subtelnie pytają gdzie jest moja dziewczyna.
- No i co z tego?
- Nie widzisz tego? Ewidetnie chodzi im tylko o moją kasę.
- To dlaczego im mówisz, ze jesteś adwokatem i ubierasz się tak, że widać, że jesteś dziany?
- No żeby imponować innym, i żeby laski na mnie leciały.
- A o czym z nimi rozmawiasz?
- O samych ciekawych rzeczach. Mojej pracy, moich samochodach, moich jachtach, moich zarobkach i o tym co mogę jej kupić.
- Innymi słowy o pieniądzach. I potem się dziwisz, ze lecą na twoją kasę?
- No bo lecą.
- a jak mają lecieć na coś innego, jak im tego nie pokazujesz. Gdybyś przemilczał kim jesteś, ile zarabiasz i ubrał się jak normalni ludzie, to może by poleciały na coś innego.
- Gdybym się tak ubierał to ludzie by mnie nie szanowali, a laski by na mnie leciały. Może i mnie nie lubią, ale za to jestem ważny. A ty napijesz się z papugą?
Nagle zamarł, zesztywniał, bezskutecznie próbował złapać powietrze, ale zamiast tego zaczął pluć krwią. Coś zaczęło wychodzić z jego klatki piersiowej napierając na jego koszule. Nagle materiał pękł i wyłoniło się z niego 5 małych zakrwawionych robaczków, które jednak schowały się równie szybko jak się pojawiły.
Prawnik osunął się na ziemie ukazując Wampira Krzysia, który stał za jego plecami. W brudnym od krwi ręku trzymał serce ociekające serce. Dosłownie wydarł mu je z piersi. Krople krwi kapały z niego na podłogę.
- Nie lu lu lubię pa pa pa pa pa pa papapug Nie będziesz z nim pipi... pipi... pipipiił. - Powiedział prawie beznamiętnie. Jedyne jego emocje to wkurwienie, ze nie mógł zdania powiedzieć.
- Zbliża się 12. Eeegzorcyzmy czas zacząć. Chce żeżebys to zozzobaczył. Chodź do kibla, chłoptasiu.

niedziela, 22 lipca 2012

Nawiedzony pub ( odcinek 1)


-->

Nowe miejsce zamieszkania zawsze oznacza zmiany. Oznacza to, że trzeba dostosować się do nowych warunków. Zainteresować się, jakie w nowym miejscu panują zwyczaje i dopasować się do nich. A to często oznacza budowanie wszystkiego od początku.
Właśnie się wprowadziłem do nowego mieszkania w nieznanej mi okolicy. Mieszkanie było niewielkie, raptem dwa pokoje, ale za to własne. Przeprowadzka odbyła się bez fajerwerków, nie wydarzyło się nic godnego odnotowania. Częściowo się już rozpakowałem. Zadowolony z siebie, rozsiadłem się na balkonie. Zasłużyłem przecież na odpoczynek.
Dziewiąte piętro, bardzo ładny widok na osiedle. Z pomiędzy zieleni drzew wyłaniały się różnej wielkości kamienice na parterze, których często mieściły się restauracje, sklepy, kawiarnie. Nagle do moich uszu doszła muzyka - ,,Thriller” Michael'a Jackson'a. Zacząłem nasłuchiwać, skąd ona dobiega. Wypatrzyłem grupkę młodych ludzi, kręcących się przed jakimś pubem po prawej stronie mojego balkonu. Nad wejściem były głośniki, z których leciał Jackson, a na zewnątrz kilka stolików, przy których goście popijali piwo. Nie namyślając się długo, stwierdziłem, że idę tam. Jestem przecież tu nowy, nikogo nie znam. A jakie miejsce jest lepsze na zawieranie nowych znajomości niż takie osiedlowe puby?
Włożyłem dźinsy, T-shirt z podobizną Micheal'a, to przecież mój idol, a na to marynarę oraz ciemne okulary, żeby wyglądać cool. Stroju dopełniały, wypastowane na połysk, czarne buty i jakieś wisiorki. Przydałby się jeszcze złoty Rolex, ale nie można mieć wszystkiego Tak ,,uzbrojony” poszedłem na podbój klubu. Nad wejściem był czerwony napis ,,Speluna”, bardzo chwytliwa nazwa. Pomyślałem, że właściciel musi mieć duże poczucie humory i dystans, żeby tak nazwać lokal.
Wbrew pozorom tego, co działo się na zewnątrz, w środku wcale nie było dużego tłoku. Pod pubem stało dużo osób i prawie wszystkie stoliki były zajęte. W środku kręciło się zaledwie kilka osób, może kilkanaście. Tym lepiej dla mnie, mogłem się swobodnie rozejrzeć.
Wnętrze składało się z trzech sal. Pierwszą, do której się wchodziło z dworu, zajmował długi na cała ścianę bar, a za nim kręciły się dwie barmanki i dwóch barmanów. Przed barem znajdowały się duże drewniane stoły, a przy nich długie ławy, oraz kilka mniejszych, bardziej kameralnych stolików. Dodatkowo, w każdym kącie sali mieściła się kanapa. Obok baru znajdowały się toalety, a obok nich przejście do następnej sali, w której mieścił się parkiet do tańczenia. Natomiast po drugiej stronie parkietu kolejne przejście, przez które można było przejść do sali przystosowanej do striptizu; stoliki, cztery rury do tańca oraz wybieg.
Tak więc klub miał trzy sale. Pierwszą do wypicia i do pogadania, drugą do potańczenia i trzecia do pogapienia się na roznegliżowane panieńki. Zauważyłem tez, że głośność muzyki w każdej z sal była inna.
Ponieważ występy dziewczyn zaczynały się o dwudziestej drugiej, było jeszcze trochę czasu, a ja nie miałem ochoty na tańczenie, więc usadowiłem się w pierwszej sali przy barze i zamówiłem piwo u barmanki blondyny. Z niewiadomych mi przyczyn, kazała mówić do siebie Kogut. To właśnie od niej dowiedziałem się o specyfice trzeciej sali.
Usiadłem przy stoliku i zacząłem obserwować pub. Schodziło się coraz więcej klientów, w większości ludzie między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia, było też gości po czterdziestce.
- Znasz Walenia? – usłyszałem czyiś głos.
Odwróciłem się. Za mną stał brodaty facet w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat. Miał na sobie starą i znoszoną marynarkę w kolorze zdechłej myszy i takie same spodnie. Ogólnie sprawiał wrażenie, jakby od miesiąca nie widział mydła. Przyglądał mi się bardzo uważnie.
- Słucham?
- Głuchy jesteś?! Spytałem, czy znasz Walenia.
- Nie znam żadnego Walenia – powiedziałem.
- A powinieneś, bo ja znam – odpowiedział facet z wyrzutem. - A mnie znasz?
- Nie.
- I słusznie, bo ja ciebie też nie.
Nie żebym nie lubił oryginałów, ale to już zaczynało być absurdalne, a co gorsze – meczące. Facet rzucał mi nazwiskiem czy ksywą, a potem miał pretensje, że go nie znam, Czy ja naprawdę muszę znać wszystkich na świecie, którzy przeżyli więcej niż jednego kaca? Jestem tu nowy.
- Waleń to jest gość – ciągnął tamten. - On potrafi wypić. Ostatnim razem wybulił dwa pod rząd.
- Imponujące – stwierdziłem zastanawiając się, czy dobrze usłyszałem. Dwa piwa to przecież nie jest tak dużo.
- Normalnie bierze kufel i pije. Wyobrażasz to sobie?! - Entuzjazmował się brodacz. - On dużo może. Pije nawet szampana. Jak wypije kieliszka, to prosi o następnego. Facet jest po prostu niesamowity!
Tam, gdzie mieszkałem wcześniej, wielu było takich pijanych filozofów, gotowych za kufel piwa gadać przez całą noc. Jeśli ich ignorowałeś, mówili głośniej. Jeśli wchodziłeś z nimi w dysputy, przegadywali cię. Jeśli postawiłeś im piwo, paplali jeszcze więcej w nadziei na kolejne. Jeśli kazałeś im spierdalać, grali pokrzywdzonych, wywołując w tobie poczucie winy. Najlepszą taktyką było nie dopuścić, żeby się w ogóle odezwali. Niestety, było już za późno. Brodacz zaczął już nawijać, ale ten typ był inny. Z reguły tacy goście użalali się nad swoim losem, opowiadali historie swojego życia, albo dawali dobre rady w rodzaju: ,, trzeba ruchać”, ,, dobra zagrycha to podstawa”, albo ,,picie jest złe, ale niepicie gorsze”. Ich życie toczyło się wokół alkoholu. Oni nie mieli codziennych problemów przeciętnych Kowalskich. Dla nich ,, przeżyć” oznaczało mięć za co się napić, albo jeszcze lepiej napić się za darmo. Oni nie chodzili do lekarzy, nie martwili się, w jakim stanie jest ich wątroba albo trzustka. Normalni ludzie, spożywając takie ilości alkoholu, usłyszeliby od lekarza, że wątroba jest do wymiany, trzustka zniszczona i muszą kategorycznie przestać pić, palić i przejść na dietę. Wielu by to zrobiło, martwiąc się przez resztę życia o swoje zdrowie. Osiedlowym filozofom takie troski były obce. Oni martwili się co najwyżej utraconą karierą, albo rodziną. I to tylko wtedy kiedy byli trzeźwi, czyli rzadko.
Ten facet wyglądał jak zwykły pijak, pachniał jak zwykły pijak, ale nie gadał jak zwykły pijak. On podniecał się tym, że ktoś wypił dwa piwa i to nie z zazdrości, że ktoś tyle ma, tylko z podziwu, że ktoś tyle może. Imponowało mu to. Zachowywał się jak kibic sportowy, który opowiada o bramkach Ronaldo, o tym, że Koby Bryant zdobył osiemdziesiąt jeden punktów, albo jak dziecko, które opowiada o nowej zabawce. Przypominał trochę angielskiego lorda, który stara się o członkostwo w elitarnym klubie, żeby podnieść jeszcze bardziej swój status społeczny, gdzie członkowie odznaczają się jakimiś wyjątkowymi cechami lub umiejętnościami. W tym przypadku było to wypicie więcej niż jednego kieliszka. Ten facet mnie irytował, ale byłem bardzo ciekawy, co będzie dalej.
- Znasz Sikorkę? - zapytał, i nie czekając na odpowiedz ciągnął. - Sikorka to jest chłop, on to dopiero potrafi wypić... ,,-A więc to będzie dalej, będę wysłuchiwał o niesamowitych dokonaniach jego kolegów...” - Wczoraj wypił trzy kufle piwa w trzy godziny, ale to jeszcze nic, Piwożłopiks potrafi wypić trzy browary i nawet tego nie poczuć.
Miałem dość. Nie chciałem już słuchać o kolejnych żałosnych osiągnięciach tutejszych amatorów piwa. Uciekłem do toalety. W środku był jakiś facet.
- Znasz Wielbłąda? - zapytał.
O nie! Następny.
- Widziałem, jak z nim rozmawiasz Trudno z nim wytrzymać, ale jest nieszkodliwy. Ma jedną wadę, nie potrafi pić. Co innego Sikorka, on to...
- Zauważyłem – burknąłem, przerywając mu.
Kolejny oszołom, z którym nie miałem ochoty wdawać się w pogawędkę, ale zaraz, przecież przyszedłem poznawać tu nowych ludzi i otoczenie. Może tu wszyscy są tacy i nie spotka już nikogo normalnego. Czy to oznacza, ze jestem skazany na wieczne milczenie? Może, jak wdam się w niezobowiązujące ględzenie o niczym, to dowiem się czegoś ciekawego.
- Często tu bywasz? - zagadnąłem.
- Ja tu żyje, śpię i wstaje, a nawet – tu konspiracyjnie się do mnie nachylił i ściszył głos – robię kupkę.
Wziąłem głębszy oddech. Miałem ochotę roztrzaskać mu na głowie kufel, albo krzesło. Zamiast tego zbyłem się pod byle pretekstem i wyszedłem z WC. Nie chciałem przecież kłopotów. Widocznie wypiłem za mało, jeśli miałem tu dłużej wytrzymać, koniecznie musiałem nadrobić zaległości.
Poszedłem do baru po kolejnego browara, czekał mnie długi i być może ciężki wieczór. Na szczęście Wielbłąd się gdzieś ulotnił. Stałem tam tak przez dłuższą chwilę. Nikt do mnie nie podszedł, ja do nikogo się nie odezwałem. Oaza spokoju. Mijała minuta za minutą, chwila za chwilą. Nic się nie dzieje, to znaczy ktoś się pokłócił, ktoś pobił, jakaś laska dała facetowi kosza, a jakiś facet olał laskę. Normalne barowe sytuacje, ale mnie one nie dotyczyły. Nuda, przyjemna nuda.
- Może coś mocniejszego? – spytała Kogut wyrywając mnie z zadumy. Nawet nie zauważyłem, kiedy skończyło mi się piwo.
- Dzięki.
- Może Whisky, Brandy, Campari, Aperol, Mojito. Baccardi, a może jeszcze piwo?
- Myślę, że Aperol będzie w sam raz.
Przyrządziła mi pomarańczowego drinka w dużym kieliszku, po czym dolała jeszcze ćwiartkę wódki.
- Gratis od firmy – powiedziała w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie. - Musisz więcej pic.
- Eee?
- Niedługo przyjdzie, on nie lubi trzeźwych klientów.
- Kto?
- On – odpowiedziała, po czym odwróciła i zaczęła przecierać czyste kufle.
Czyżbym wyczuwał strach i kim jest ten ,,On”?
Kimkolwiek był, musiał być kimś ważnym, być może niebezpiecznym. Może nawet jej szefem. Barmanka nie była chętna do udzielania mi wyjaśnień, czekałem więc na rozwój wypadków, popijając drinka.
Z wolna zaczynało mi szumieć w głowie, znajome objawy odurzenia alkoholem. Czułem, że jeszcze trochę, a paplanina Wielbłąda byłaby dla mnie fascynująca, a nie jak wcześniej irytująca.
Wtem do lokalu wszedł nowy gość. Niby nic szczególnego, ale, gdy tylko się pojawił, atmosfera się zmieniła. Rozmowy ucichły, wszystkie oczy skupiły się na nim. Nie można tego było racjonalnie wyjaśnić, ale wyczuwało się od niego coś, jakby czyste, pierwotne zło. Coś wisiało w powietrzu.
Nowy przybysz miał jakieś metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, był szczupły i miał strasznie bladą cerę, jak informatyk. Tak, to musiał być informatyk, ktoś, kto jest tak blady, musiał całe dnie spędzać w biurze przed komputerem. Trudno było określić jego wiek. Miał delikatne rysy, ten dziewczęco-chłopięcy typ urody, który sprawia, że przez całe lata wygląda się jak młodzieniec. Obrazu dopełniały długie, kasztanowe włosy Równie dobrze mógł mieć dwadzieścia jak i czterdzieści lat.
Podejrzewałem, że to ten ów ,,On”. Mimo swojego żeńskiego wyglądu, biła od niego pewność siebie, bezwzględność oraz poczucie wyższości nad innymi. To nie był typ wrażliwca i lepiej było z nim nie zadzierać.
Wszedł dostojnym krokiem. Rozejrzał się, podszedł do baru. Wszyscy barmani zaraz do niego podskoczyli. Zamienił z nimi kilka słów i ci rozeszli się po całym klubie. Został tylko jeden. Usłyszałem fragment rozmowy. ,, Ketamina daje bardzo gorzki smak, jest niesmaczna”.
Ketamina to środek, którego używa się m. in. do usypiania zwierząt, rzadziej ludzi. O co tu chodziło? Skończyłem farmacje, ale nie zajmowałem się tym na co dzień. W takich chwilach, jak ta, zaczynałem tego żałować. Niemniej miałem w przeszłości do czynienia z najróżniejszymi specyfikami. Nagle mnie olśniło.
Ketaminę sprzedaje się czasami zamiast kokainy, ponieważ bardzo podobnie wygląda. Właściwie jest nie do odróżnienia. Faktycznie ma gorzki smak, który dilerzy próbują niekiedy zamaskować domieszką aromatu truskawkowego. Ketamina w odpowiednich dawkach powoduje zmiany postrzegania, urojenia, problemy motoryczne oraz utratę pamięci. Czyżby informatyk był dilerem, a może chce sobie podupczyć i używa tego jako pigułkę gwałtu? Gdyby dosypać jej trochę do piwa, to jego kolor by się nie zmienił, ofiara mogłaby co najwyżej stwierdzić, że dziwnie smakuje, ale prawdopodobnie nie zwróciłaby na to uwagi, a pierwsze objawy działania wzięła by za rausz alkoholowy a potem byłoby już za późno.
- O, Krzyś przyszedł. On jest dziwny. Nigdy nie pije, pewnie jakiś abstynent, albo inny zboczeniec.
- Obejrzałem się, koło mnie stał Wielbłąd.
- Kim jest ten Krzyś? - spytałem.
- Naszym dobroczyńcą. To dzięki niemu istnieje ten cały piwopój. Jest właścicielem.
Czyli miałem racje, że to szef.
- Biedak ma kłopoty – ciągnął Wielbłąd. – Ktoś puścił głupią plotkę, że tu giną ludzie. Teraz Sanepid siedzi mu na karku.
- Giną ludzie, Sanepid?
- A tak, podobno w tej sali ze striptizem znaleziono siedem trupów, ale coś poszło nie tak, dwa trupy nie przeżyły.
Zdębiałem.
- Na domiar złego - mówił dalej – uparły się, żeby tu zostać. Ludzie mówią, że to miejsce jest nawiedzone. O północy dzieją się tu podobno dziwne rzeczy.
Wreszcie Wielbłąd zaczął mówić ciekawe rzeczy. Co prawda bzdury, ale za to interesujące. Nie wierzyłem w plotki, nie wierzyłem, że znaleziono tu trupy, a już na pewno nie w to, że dwa nie przeżyły i że takimi sprawami zajmował się Sanepid. Nie brałem jego paplaniny na serio, ale może była w tym jakaś cząstka prawdy. Tak jak w legendzie.
- To nawiedzony pub? - spytałem.
- Tak. Podobno o dwunastej w nocy słychać tu pijackie przyśpiewki. Muzyka sama się wyłącza. Sprzęt przestaje działać i słychać, jak ktoś fałszuje:,, Mistrzem Polski jest Legia”.
- Kim były te dwa trupy, co nie przeżyły?
- Podobno jakiś kibol z dziewczyną. Ona była wróżką, czy kimś takim.
- Jak to możliwe, że dwa trupy nie przeżyły? A reszta?
- Reszta przeżyła. TELEFON! TELEFON! Chodź do nas – przeraźliwym skrzekiem Wielbłąd zawołał młodą dziewczynę, która zaczęła iść w naszym kierunku.
- To jest Sushina, umarła w zeszły piątek – powiedział jak gdyby nigdy nic.
- Sushina Telefon – przedstawiła się dziewczyna.
Znowu zdębiałem. Nie tylko z powodu tego, co powiedział brodacz, czy jej dziwnego imienia i nazwiska, ale również dlatego, że Sushina była oszołamiającą piękna. Przez chwile tylko stałem i gapiłem się na nią. Świetna figura, długie nogi, czarne włosy i kocie oczy. Ale była zadziwiająca blada jak na szatynkę.
- J- J - Jak to umarła, przecież nie jesteś duchem?
- Nie jestem, ale jestem bardzo nieżywa. A te duchy są okropne. Obrażają uczucia kibiców Wisły, a poza tym strasznie fałszują. Barmani się wściekają, że klienci robią burdy, bo chcą napiepszać legionistów, ale ich nie widzą, więc biją się między sobą. Krzyś postanowił coś z tym zrobić. Wezwał jakiegoś księdza na egzorcyzmy.
Co za dom wariatów. Przeprosiłem towarzystwo i poszedłem do kibla. Musiałem chwile ochłonąć. Chwile po mnie wszedł jakiś facet z portfelem w zębach. W tej toalecie nie było kabin, muszle klozetowe stały luzem. Stanął przy jednej i zaczął grzebać w portfelu, jakaś moneta wpadła mu do muszli. A on, głośno przeklinając, wyjął banknot dwustu złotowy i wrzucił go do muszli, po czym zanurzył w niej rękę, wyjął banknot i monetę.
- Co ty robisz? - spytałem.
Na to on odpowiedział, że jak już musi wsadzać rękę do klozetu, to nie zrobi tego dla dwóch złotych. Co innego jeśli chodzi o dwieście złotych.
Tak, to miejsce zdecydowanie było specyficzne. Na zewnątrz usłyszałem również osobliwą rozmowę. Rozmawiało dwóch gości To musiał być Amerykanin, sądząc po akcencie.
- You know, we have Stevie Wonder, Johnny Cash, Johnny Hope. Do you understand?
- We have no wonders, no cash, no hope. - odpowiedzał mu drugi. Polak, sądząc po akcencie.
Kiedy wyszedłem z toalety, zobaczyłem przy jednym z filarów Sushine, Krzysia i jakiegoś faceta, który sądząc po koloratce był księdzem. Podszedłem tak, że mnie nie widzieli i skryłem się za jednym z filarów. Słyszałem rozmowę dość wyraźnie.
- J–je–jeżli tego nie zrobisz tooo złaaaa– amm–am – amie swoje zasady co do spo-spo- spoooożywania pokarmu, a tyyy do- do-do- dodołaczysz do do naszego grogrona. W- Wiesz co to oznacza? - jąkał Krzyś do księdza.
- Wiem. Nie musisz mi przypominać. Zrobię to.
- Do-dobrze. O inaczej zostaniesz w – wa-wa...
- Wampirem. Wiem – dokończył ksiądz.
- Wampirem! - krzyknąłem osłupiały. To było silniejsze ode mnie. Krzyś momentalnie doskoczył do mnie, chwycił za szyję jedną ręką, podniósł jak szmacianą lalkę i przycisnął do ściany.
- Za-zamknij się. Tak , wampirem aaaa jaaak pipipipiśniesz choć słowo, to–to–to to... Powiedz mu – zwrócił się do księdza.
- jeśli piśniesz o tym choć słowo to on cie zabije, albo gorzej. Nigdy już nie wejdziesz do królestwa niebieskiego. Jedziemy na tym samym wózku, bracie.
- Wa-wampirem?
Mnie też się najwyraźniej udzielił sposób mówienia Krzysia. Jego bladość i złowroga aura nawet mi pasowały do wampira. Wizerunek psuło mi to, że się jąkał. On nie wydawał się jednak tym przejmować.
- Będziesz siedział cicho, będziesz żyć – powiedziała Sushina, która się temu spokojnie przyglądała – i nie pij już więcej – dodała.
Wampir Krzyś postawił mnie na ziemi i odeszli, zostawiając mnie w spokoju. Kiedy ustabilizował mi się oddech pobiegłem do drzwi wyjściowych. Chciałem uciec stąd czym prędzej. Drzwi jednak były zamknięte. Zacząłem się z nimi szamotać. Nikt mi nie chciał otworzyć byłem w pułapce.